Madonna: Pamiętniki Evity

Vanity Fair

listopad 1996
Tłumaczenie: RottenVirgin
Korekta: Krystian Horwacik

CZĘŚĆ PIERWSZA / CZĘŚĆ TRZECIA


Buenos Aires, czwartek, 22 lutego 1996

Zeszłej nocy śniło mi się, że śledziłam reżysera, w którym się niegdyś kochałam. Zaprosił mnie do swojego domu, aby mi powiedzieć, że nie może ze mną być. Usiadłam na kuchennym stole i zaczęłam płakać. Wtedy powiedział: „Nazwałaś kiedyś męskie ciało silnym. Czym teraz jest dla ciebie siła?”. Ja odparłam: „Jesteś silny, gdy ktoś mówi ci, że cię nie kocha, a mimo to nie załamujesz się”.

Buenos Aires, piątek, 23 lutego 1996

Straszliwie leje i o ile zwykle uwielbiam mieć dzień wolny, o tyle teraz, gdy większość pracy na planie odwołano, jestem rozczarowana. Miała to być pierwsza scena, w której stoję na tyle ciężarówki i przemawiam do robotników w trakcie pobytu Perona w więzieniu. Nastawiłam się już psychicznie i byłam gotowa dosłownie ziać ogniem i siarką, ale najwyraźniej Matka Natura dziś z nami nie współpracuje.

Ucięliśmy sobie krótką pogawędkę z Menemem w jego prywatnej rezydencji. Nie było tak zabawnie jak za pierwszym razem. Byli tam Alan, Antonio i Jonathan, więc spotkanie miało o wiele bardziej oficjalny charakter. Alan wciąż mówił o swobodzie artystycznej, to samo co na konferencji prasowej, wszyscy byli tacy grzeczni, a ja nie mogłam już tego znieść. Tak więc w połowie rozmowy na temat pizzy powiedziałam: „Skoro już porozmawialiśmy o pizzy, czy możemy porozmawiać o balkonach?”. Menem wyraził swą pewność, iż nie będzie problemu z wykorzystaniem tego czy jakiegokolwiek innego budynku rządowego. Już miałam podskoczyć z radości, gdy Alan ostudził mój zapał, mówiąc, że wydaliśmy już dość pieniędzy na replikę balkonu w Londynie, więc z finansowego punktu widzenia nie ma sensu kręcić tutaj. Nie bez znaczenia był też fakt, że nie mamy odpowiedniego oświetlenia. Ale czyż celem spotkań nie było przekonanie Menema, aby pozwolił nam kręcić na balkonie? Jakim zaszczytem i jakże emocjonującą chwilą byłoby móc stanąć tam, spoglądając na zapełniony ludźmi plac i zaśpiewać „Don’t Cry For Me Argentina”. Mam nadzieję, że Alan zmieni zdanie.

Skonsultuję się z gwiazdami i  użyję magii voodoo.

Zapomniałam wspomnieć o córce Menema, Zulemicie, która także uczestniczyła w spotkaniu. To chudziutka dziewczyna, sprawiająca wrażenie wątłej i smutnej. W trakcie całego spotkania  trzymała ojca za rękę, całowali się i szeptali coś sobie w bardzo poufny sposób. Byłam nimi zahipnotyzowana.

Buenos Aires, sobota, 24 lutego 1996

Obudziłam się dziś we łzach i z mokrą poduszką. Śniło mi się, że jestem Evitą i oglądam nasz, ukończony już film. Gdy go oglądałam, po raz pierwszy uświadomiłam sobie, że nie żyję i zaczęłam straszliwie szlochać, krztusić się własnymi łzami, aż obudziłam się.

Buenos Aires, poniedziałek, 26 lutego 1996

Przez ostatnie dwie noce mieliśmy zdjęcia i następnego ranka za każdym razem budziłam się wykończona. W przeciwieństwie do mieszkańców tego miasta nie jestem nocnym markiem. Moje ciało sprzeciwia się wykonywaniu wszelkich poleceń po północy. Sceny kręciliśmy w La Boca, będącej niegdyś dość bogatą dzielnicą, ale gorączka złota, jaka wybuchła w latach 20., wyludniła okolicę i bogaci mieszkańcy przenieśli się do innej części miasta, torując drogę przybywającym tu tłumnie włoskim imigrantom. Obecnie nadal mieszkają tu ubodzy imigranci, którzy demonstrowali dziś swoją niechęć wobec nas, rzucając kamieniami. Musieliśmy pracować w ich otoczeniu, a ja spędziłam noc, wysłuchując gwizdów i chorych propozycji składanych mi przez jakichś starych brudnych facetów, posyłających mi całusy. Wszędzie było pełno żebrzących o pieniądze dzieci. Pomiędzy ujęciami obsiadały stoły przed kawiarniami, gdzie siedzieli statyści, pochłaniały jedzenie i uciekały. Muszę przyznać, że nawet im kibicowałam.

Buenos Aires, środa, 28 lutego 1996

W miarę jak coraz bardziej zapuszczam się w labirynt zwany kręceniem filmu, jestem coraz bardziej oszołomiona tym, jak często czuję się samotna i wyalienowana. O ile Argentyńczycy zaczęli mnie akceptować, o tyle czuję się odcięta od reszty świata. Rzadko rozmawiam z przyjaciółmi, a kiedy już to robię, czuję, że nie jestem w stanie podzielić się z nimi tym, co przeżywam. Na początku ciągle dostawałam listy i paczki. Teraz, gdy wracam do domu, ani na faksie, ani na sekretarce nie ma żadnych wiadomości. Ekipa filmowa stała się moimi przyjaciółmi i rodziną. Odkrywam przed nimi swoją duszę, a i tak nic o mnie nie wiedzą. To pewna nieśmiałość, która pojawia się, gdy trzeba pokazać tak wielką wrażliwość, a otaczają cię zupełnie obcy ludzie. Gdy jesteś samotny, dostrzegasz to, czego byś normalnie nie dostrzegł. Jak świerszcz w moim pokoju. Nie wiem, jak się tu dostał, i nie widzę go, ale wiem, że jest tu, aby ostrzec mnie, że oto zanosi się na kolejny upalny dzień. Może będzie padać.

Buenos Aires, sobota, 2 marca 1996

Jestem taka rozczarowana. Właśnie zerknęłam w harmonogram zdjęć zaplanowanych na nasze dwa ostatnie tygodnie w Argentynie i jak się okazało, nie będziemy kręcić na balkonie Casa Rosada. Teraz będzie trzeba zadowolić się występem, jaki dam, patrząc na facetów z ekipy, którzy z mojej perspektywy będą filmować tłum w Budapeszcie. Nienawidzę tego. Po co mamy to robić, skoro mamy prawdziwy balkon??

Dziś kręciliśmy w dzielnicy nędzy, która miała dublować wioskę, z której wyjeżdżam, aby przenieść się do dużego miasta. Dzielnica ta mieści się tuż obok rzeźni i przez cały dzień musieliśmy wdychać odór rozkładającego się mięsa. Powiedziano nam, że chore krowy nie są zarzynane, ale gotowane w wielkim kotle z wodą. Wdychaliśmy zapach resztek kości i gotującego się tłuszczu. Na początku mieliśmy mdłości, ale przyzwyczailiśmy się. To niesamowite, jak można się przystosować, gdy nie ma się wyboru.

Buenos Aires, wtorek, 5 marca 1996

Nadszedł piątek, obsypując mnie mnóstwem płatków zbożowych w karmelu, Fiddle Faddle [rodzaj płatków śniadaniowych – przyp. tłum.], cukierków arachidowych i musu z lukrecji. Tak przy okazji, jest to niemal niezawodny sposób, by zabrać się za coś, czego nie mam ochoty robić. A tak właśnie było wczoraj. Kręcenie teledysku w dniu wolnym! Jestem tak zaabsorbowana życiem Evy Peron i muzyką do filmu, że nie mogłam nawet zapamiętać słów swojej własnej piosenki, niezależnie od tego, ile razy usiłowałam to zrobić. Zabawnie jest być mną, gdy ma się zielone oczy, rozpuszczone włosy i kaftan od Gucciego. Świadomie porzuciłam własną tożsamość. Strajkuję. Zostałam tymczasowo zwolniona, nie istnieję, dopóki nie nakręcimy filmu do końca.

Ale słodycze mi smakowały.

Buenos Aires, środa, 6 marca 1996

Zeszłej nocy była pełnia. Nie potrzebuję jednak wytłumaczenia dla mojego wrogiego i nadzwyczaj agresywnego zachowania. Wczoraj puściły mi nerwy, gdy przyjechał producent, po raz milionowy prosząc mnie, bym opuściła hotel, jako że nasz pobyt w Buenos Aires przedłużał się, a pokoje zostały już wcześniej zarezerwowane. Chce, abym przeniosła się do jakiejś nory obok. Oczywiście powiedziałam mu, gdzie może sobie wsadzić swoją prośbę, więc odszedł, mrucząc coś o dzikich lokatorach. Dzikich lokatorach? W tym momencie miałam ochotę wyrwać sobie włosy z głowy, ale miałam na niej perukę. Kręcę film sześć dni w tygodniu, a ćwiczę w dni wolne. Dość już się namęczyłam, by wygrać wybory do lokalnego rządu, a zrobiłam to w imię filmu. Mogliby przynajmniej przestać mną dyrygować, jakbym była statystą.

Jakby tego mało, zachowali zbliżenia mojej twarzy, po północy, po dwunastu godzinach kręcenia, co nie jest miłe dla damy. Powinnam była odmówić. Mój makijaż rozpadał się, sznurki przytrzymujące moją perukę przyklejono o jeden raz za dużo i nie układała się naturalnie na mojej głowie, oczy miałam ledwo otwarte. Darius wciąż na mnie patrzył, potrząsając głową i nagle wybuchłam płaczem. Miałam zamiar zejść z planu, ale wzięłam głęboki oddech i zgodziłam się wrócić do przyczepy, by spróbować ostatni raz. Skończyło się na tym, że wycięto mi wszystkie blond włoski, jakie rosną wokół linii włosów i wyglądam teraz jak Bette Davis w „Prywatnym życiu Elżbiety i Essexa”.

Skończyliśmy ujęcie, a wychodząc, zostałam poinformowana, że możliwe, iż w ten weekend będziemy kręcić na balkonie Casa Rosada. Znaczy się, za dwa dni. Znaczy się, nie jestem przygotowana. Znaczy się, o cholera!

Buenos Aires, czwartek, 7 marca 1996

Wczoraj zostałam w końcu oficjalnie zaproszona do pani Fortabat, jednej z najzamożniejszych kobiet w Buenos Aires i z pewnością jednej z najbardziej inteligentnych.

Jest bardzo zaprzyjaźniona z prezydentem i – jak mi powiedziano – była tak hojna dla liderów Związku Pracy, że uważana jest przez nich za świętą.

Bardzo zainteresowała mnie jej kolekcja dzieł sztuki, która – jak podkreślał mój nowojorski diler – jest niesamowita. Całe tygodnie wahała się, czy spotkać się ze mną, albo dlatego, że jej nieżyjący małżonek był zadeklarowanym antyperonistą, albo dlatego, że myślała, iż przybędę z całą zgrają fotografów.

Budynek zamieszkany przez panią Fortabat otaczali ludzie wyglądający na funkcjonariuszy tajnej policji. Wypchnęli mnie z samochodu, po czym cichaczem zaprowadzili do budynku i do prywatnej windy, którą jechało się wprost pod drzwi jej apartamentu. To wszystko przypominało „Mission Impossible”.

Ta pięknie uczesana i elegancko ubrana kobieta przywitała mnie, pocałowała w policzek i wyraziła nadzieję, że nie przyszłam tu rozmawiać o Evie Peron. Gdy powiedziałam, że przybyłam zobaczyć jej kolekcję dzieł sztuki, wydawało się, że kamień spadł jej z serca.

Prowadziła mnie przez pokoje udekorowane w stylu Ludwika XVI, aż dotarłyśmy do głównego salonu, z którego roztaczał się najbardziej zapierający dech w piersiach widok na miasto i rzekę El Tigre, jaki kiedykolwiek widziałam. Usiadłyśmy, by porozmawiać, a ja na próżno usiłowałam nie rozpraszać się wiszącymi dokoła obrazami Legéra i Mirósa. Rozmawiałyśmy o Fridzie Kahlo, którą obie uwielbiamy, i zaprosiła mnie do swego nowojorskiego apartamentu, gdzie ma jej obrazy.

Nalegała, bym zwracała się do niej Amalita, po czym zaczęła opowiadać o swoim zmarłym mężu, który – czego była pewna – „zmarł na antyperonizm”. Z drugiej strony, Amalita lubiła Evitę i wypowiadała się o niej w bardzo ciepły sposób. Powiedziała mi, że miała kiedyś bardzo dobrą masażystkę, najlepszą w Buenos Aires i pewnego dnia przyszedł do niej Juan Duarte, brat Evy, który spytał, czy może ową masażystkę wynająć. Nie dla Evy, która w tamtym czasie była już ciężko chora, ale dla ich matki, Dony Juany. Najwyraźniej obie panie zaprzyjaźniły się, a Dona Juana wielokrotnie mówiła o Evie masażystce, ta zaś powtarzała to później Amalicie.

Gdy Evita była już ciężko chora i przykuta do łóżka, Peron zabronił jej widywać się z kimkolwiek spoza najbliższej rodziny. Sam rzadko ją odwiedzał, jako że nie mógł znieść zapachu jej pokoju, jej ciała, jej raka. Stawał w ledwo otwartych drzwiach i machał do niej, a gdy zapraszała go do środka, mówił, że ma pewne sprawy do załatwienia i że przyjdzie później. Pewnej nocy Eva zbudziła się z koszmarnego snu i wyszedłszy z łóżka, poszła do pokoju Perona. Bała się. Od kilku lat spali w oddzielnych sypialniach. Gdy go obudziła, poczuł jej zapach, po czym krzyknął: „Wynoś się z mojego pokoju, zabierz stąd to świństwo!”.

Prawie się popłakałam, gdy usłyszałam tę historię, ale Amalita ciągnęła dalej. Peron wiedział, jak wielkie znaczenie dla jego popularności miała Evita i to on, gdy jeszcze żyła, zadecydował o tym, by po śmierci  wystawić jej ciało na widok publiczny. Chciał, by wyglądała dobrze, ale chudła i wyglądała coraz gorzej, więc porozmawiawszy z przedsiębiorcą pogrzebowym, zadecydował, że Eva przyjmować będzie zastrzyki z substancją mającą zakonserwować jej ciało i organy wewnętrzne. Bóg jeden wie, jaki skutek musiało to mieć. Co gorsza, nie pozwolono jej zażywać środków przeciwbólowych, jako że ich działanie ingerowałoby w proces konserwacji, więc mogę sobie jedynie wyobrazić, jak bardzo musiała cierpieć. Byłam zniesmaczona całą tą historią i okrucieństwem Perona i trudno było mi zachować dobry humor przez resztę wieczoru. Amalita powiedziała mi, że mam skórę jak Evita. Powiedziała też, że Evita nie miała pięknego ciała czy zgrabnych nóg, ale miała piękną twarz i wiedziała, jak się ubierać. Wtedy stwierdziła, że w jej żyłach płynęła słodycz zemsty.

Buenos Aires, niedziela, 10 marca 1996

Zeszła noc była jak sen, a że wszystko przebiegło z taką łatwością i tak bezboleśnie, musiałam się wciąż szczypać, aby upewnić się, że nie był to tylko wytwór mojej wyobraźni. Weszłam na balkon Casa Rosada, naprzeciw tysięcy ludzi i zaśpiewałam „Don’t Cry For Me Argentina”. Stojąc w tym samym miejscu, gdzie tyle razy stała ona, uniosłam ramiona i spojrzałam w wygłodniałe spojrzenia ludzkości, i w tym momencie poczułam, jak wstępuje ona w moje ciało, niczym rozgrzany pocisk, przeszywając je, począwszy od stóp, poprzez kręgosłup aż po koniuszki palców, wstępując w stojących na dole ludzi i z powrotem do nieba. Po wszystkim zaniemówiłam ze szczęścia. Ale czułam też wielki smutek. Ona mnie nawiedza. Sprawia, że odczuwam pewne rzeczy. Gdy pragniesz czegoś wystarczająco mocno, cały świat potajemnie pomaga ci to zdobyć.

Buenos Aires, wtorek, 12 marca 1996

Śniło mi się, że rusza mi się ząb, który po chwili wypadł mi z ust. Pozostałe zęby też zaczęły się łamać i wypadać. Poszłam do lekarza, by zapytać, co się ze mną dzieje, na co odparł, że to jeden z pierwszych objawów raka.

Buenos Aires, piątek, 15 marca 1996

Dziś ostatni dzień zdjęć w Buenos Aires. Mój pokój to sterta walizek i rzeczy, które kupiłam, a których nie chcę wziąć ze sobą. Myślałam, że ten dzień nigdy nie nadejdzie, a gdy już nadszedł, jest mi trochę smutno, ale nie aż tak smutno, jako że osiągnęłam wszystko, co sobie zaplanowałam. Tak, cierpiałam, ale nie na próżno. Zastanawiam się, dlaczego Argentyńczycy narobili tyle zamieszania. Nikt nie protestował, gdy stanęłam na balkonie. Żadnej złości, żadnych dziennikarskich złośliwości. Sądzę, że chcieli się przekonać, jak bardzo będę się płaszczyć i błagać o coś. Z pewnością mnie nie znają. Czuję, jakbym zyskała tu odrobinę szacunku. Tak jak na każdą inną ważną rzecz w życiu, trzeba sobie na niego zapracować.

Nowy Jork, wtorek, 19 marca 1996

Gdy wysiedliśmy z samolotu w Ameryce, ucałowałam ziemię. Boże, jak dobrze znów być w domu. Spędziłam trzy błogie dni w Miami. I właśnie dlatego mam poczucie winy.

Jeździłam na rowerze, pływałam łódką, by popatrzeć na delfiny, wąchałam gardenie, oglądałam walkę Tysona, cały dzień chodziłam w piżamie, robiłam sobie akupunkturę, czytałam sonety Szekspira i zajadałam się lodami. Nie było to zachowanie w stylu Evity, ale musiałam przypomnieć sobie, że przecież też miałam swoje życie przed rozpoczęciem pracy nad filmem.

Zatrzymałam się w Nowym Jorku, aby przygotować się na szarość i zimno Budapesztu. Poszłam na kilka prób tańca i oczywiście na zakupy. Mam nadzieję, że mój przyjazd tutaj nie był błędem. Nie chcę zbytnio oddalić się myślami od filmu. Umysł, ciało i duch muszą pozostać skupione. W każdym razie Evita lubiła zakupy, wiec nie zbaczam zanadto, prawda?

Budapeszt, poniedziałek, 25 marca 1996

Nie mogę założyć żadnej z moich nowych sukienek. W Budapeszcie wciąż jest zimno, ani śladu wiosny. Kichałam przez cały ranek. Jutro z kolei kręcimy scenę na dworze, a będę mieć na sobie jedynie prostą letnią sukienkę. W zeszłym tygodniu – upał, wyczerpanie, poparzenia słoneczne, w tym tygodniu – zapalenie płuc. Jedyną zaletą zimna jest to, że włosy nie rosną tak szybko, więc nie muszę często golić nóg.

Cóż mogę powiedzieć o Budapeszcie? Architektura jest piękna i gdy zmrużysz oczy, miasto przypomina Paryż. Z drugiej strony, mój hotel to wielkie, nowoczesne, przeszklone monstrum prowadzone przez Niemców. Wstrzymam się z dalszą oceną, dopóki nie zbadam terenu dokładniej. O rany, to nie w moim stylu.

Budapeszt, wtorek, 26 marca 1996

Po podróży samolotem jestem otępiała .Tak zmęczona, że aż boli mnie skóra. Zeszłej nocy nie mogłam spać, więc dziś nawet lodowata temperatura na planie mnie nie obudziła. Musiałam maszerować przez błoto wraz z hutnikami, a moje stopy były mokre i zmarznięte. Trudno wyglądać na szczęśliwego, gdy klekotasz zębami. Modlę się do Boga, by się ociepliło, w przeciwnym razie będę naprawdę cierpieć. Zastanawiam się, czy ktoś w ogóle zwrócił uwagę na to, że jest zima, a wszystkie sceny, które kręcimy, kręcimy w plenerze. Ale te decyzje podejmują ludzie, którzy cały dzień chodzą w ciepłych kurtkach z futrzanym kapturem. Chyba zaprotestuję. Nie płacą mi wystarczająco dużo za to, że cierpię na hipotermię. Statyści to chora banda. Żadnego poczucia humoru. Nie mam do nich za to pretensji – w końcu jest tu tak cholernie smętnie.

Budapeszt, czwartek, 28 marca 1996

Otulona jedwabnymi warstwami ubrania termicznego i żłopiąc gorącą czekoladę, aby nie zmarznąć, ostatniej nocy z ledwością wbiłam się w swój kostium. Po północy wiatr wzmógł się i było tak potwornie zimno, że jedyne, co pozwoliło mi przetrwać ten wieczór, to chyba tylko moja wyobraźnia i powtarzana przeze mnie mantra. Na szczęście kręciliśmy scenę, w której mdleję i jestem niesiona na rękach przez brata. Zimno sprawiło, że nie musiałam udawać nieprzytomnej. Dobre wieści są takie, że odwaliłam swoją robotę zeszłej nocy i dziś mam wolne. Teraz to Antonio będzie marzł.

Po południu wyszło słonce i poszliśmy do kawiarni mieszczącej się w budynku zbudowanym na początku wieku, gdzie raczyliśmy się gorącą czekoladą, wyśmienitymi ciastkami i marcepanem. Potem poszliśmy nad rzekę, by popatrzeć na wszystkie te zamki położone na wzgórzu i piękny budynek Parlamentu. Gdy ludzie rozpoznali mnie, nie zbliżali się do mnie i nawet fani, którzy za mną podążali, byli grzeczni i nieśmiali. Było to bardzo przyjemne i cywilizowane. Nie czułam się jak w pułapce.

Budapeszt, niedziela, 31 marca 1996

Dziś jest Niedziela Palmowa. Poszliśmy do pięknego gotyckiego kościoła pod wezwaniem Matki Przenajświętszej. Ma siedemset lat. Cudowny. Przyszliśmy po mszy i akurat odbywała się tam próba chóru. Było tam czterech śpiewających po francusku chórzystów, organista i wiolonczelista. Mogłabym siedzieć tam godzinami, wdychając zapach kadzideł i gapiąc się na malowidła na suficie. Muzyka wypełniała cały kościół, którego wnętrze zdobiły piękne mozaiki i barokowe ozdobniki. Zapaliłam świecę i modliłam się za pomyślność filmu, o to, by wyszło słońce i aby biskup przestał mnie zadręczać. Usiłujemy uzyskać zgodę na nakręcenie jednej sceny w bazylice, ale pewien świętoszkowaty biskup nie zezwoli na to, jako że nie pochwala mojego zachowania. Gdyby wiedział, co jego parafianie robią w wolnym czasie, siedemdziesięciu pięciu procent z nich musiałby nie wpuszczać do kościoła. Teraz świat obiegły wiadomości, jakobym sprawiała problemy w Budapeszcie. Biskup nie wpuści mnie do kościoła. Jestem złą dziewczyną. Kobietą upadłą. Grzesznicą. Gdybym podarowała mu zdjęcie z autografem, prawdopodobnie zmieniłby zdanie. Biskup może mnie pocałować w dupę. Nie będę płaszczyć się przed kolejną osobą w imię filmu. Nie będę chodzić na klęczkach. Nigdy nie przeproszę za swoje zachowanie. Tak jak nie zrobiłaby tego Evita.

Budapeszt, środa, 3 kwietnia 1996

Obudziłam się, leżąc na krawędzi łóżka, zaplątana w prześcieradła i z niewielkimi mdłościami będącymi skutkiem zbyt dużej ilości snu. Zbyt wiele się napodróżowałam w głąb ciemnej strony mojej podświadomości. Poszłam spać w kiepskim nastroju. Nie jestem pewna, czym byłam najbardziej zdenerwowana. Tym, że dzień w dzień z powodu złej pogody nie wiem, jaką scenę właściwie kręcimy? Tym, że przez czternaście godzin byłam na nogach i to mając rwę kulszową? Ból przeszywał na wskroś moje nogi. Dziś kręcimy scenę, w której leżę w szpitalu i dowiaduję się, że umieram. Nie będzie to naciągane.

Budapeszt, czwartek, 4 kwietnia 1996

Wczoraj naprawdę polały się łzy. Spędziłam cały dzień w pozycji leżącej. Najpierw na sali operacyjnej, gdzie czułam się, jakbym kręciła odcinek serialu „Ostry dyżur”, a potem w szpitalnym łóżku, gdzie powiedziano mi, że mam raka. Wciąż myślałam o tym, jak musieli czuć się moi rodzice, gdy matka powiedziała ojcu, że umiera. I o tym jak do końca pozostała radosna i nie poddała się smutkowi. Łzy same napływały do oczu przez cały dzień. Ale Jonathan płakał częściej niż ja.

Otrzymał jakieś smutne wiadomości i tuż przed wejściem na plan był istnym chaosem. Płakał przed, w trakcie i po zdjęciach. Czasem wymykał się, stawał twarzą do ściany i szlochał. Całym jego ciałem wstrząsał płacz. Zdarzało się, że i ja płakałam, widząc jego autentyczny smutek. Myślałam, że może coś stało się jego żonie lub dzieciom, ale patrzył na mnie tylko, gdy nas kręcono, więc nie miałam okazji zapytać. Z pewnością nie chciał o tym mówić.

Budapeszt, sobota, 6 kwietnia 1996

Wczoraj był Wielki Piątek i znów myślałam o mojej mamie, o tym, jak to przykrywała purpurową tkaniną wszystkie święte obrazki i figurki w domu. Aż Chrystus powstał z martwych. Uważałam ten rytuał za dziwaczny, ale piękny. Wielkanoc zawsze była moim ulubionym świętem. Młode pąki na drzewach, poszukiwanie wielkanocnych jajek i czekolada. Usiłuję wczuć się w nastrój, ale to tutaj trudne. Gdyby chociaż zaświeciło słońce lub zaśpiewał ptak.

Praca nad filmem przebiega gładko i posuwamy się do przodu, ale czuję się tak, jakby czas się zatrzymał. Jakbyśmy wszyscy znaleźli się w strefie oczekiwania. Jedynym, co nie znajduje się w takiej strefie, jest dziecko, które się we mnie rozwija. Wiem o tym od trzech tygodni i o ile teraz wpadłam w istną ekstazę, o tyle tak bardzo bałam się o to, jak ciąża wpłynie na pracę nad filmem (który jest moim drugim dzieckiem), że nie byłam nawet w stanie o tym napisać. Muszę jednak stawić czoła sytuacji i powiedzieć o wszystkim producentom, bo powoli przestaję mieścić się w kostiumach i zaczynam wstydzić się swojego ciała. Nie bez znaczenia jest też fakt, że do końca zdjęć na planie pozostało jeszcze przynajmniej sześć tygodni, a kręcenie największych partii tanecznych zaplanowano na sam koniec. Alan już wie o ciąży. Powiedziałam mu o niej tuż po wizycie u lekarza w Nowym Jorku.

Naprawdę ani przez chwilę nie podejrzewałam, że mogę być w ciąży. Często spóźnia mi się okres, gdy jestem zestresowana, za ciężko pracuję lub nie śpię. Byłam oszołomiona, gdy zobaczyłam na ekranie ultrasonografu malutką żyjącą istotkę obracającą się w mojej macicy. Chyba sobie stepowała. Wymachiwała małymi rączkami i próbowała ssać kciuk. Mogłabym przysiąc, że słyszałam, jak się śmieje. To był szczery i radosny śmiech dziecka. Jakby chciało powiedzieć: „Ha, ha, przechytrzyłem Cię”.

Usłyszałam bicie jego serca i natychmiast się zakochałam. A wtedy wpadłam w panikę. Zdecydowałam się powiedzieć o ciąży zaledwie garstce ludzi: mojej asystentce, trenerowi i Carlosowi oczywiście. Żyję w obawie przed tym, że dowie się o tym prasa. Nie dlatego, że czegoś się wstydzę, ale dlatego, że od razu wysłaliby ekipy telewizyjne, które by mnie zadręczyły, a ja koniecznie chcę dokończyć pracę nad tym filmem w spokoju. Miałam nadzieję utrzymać wszystko w tajemnicy do końca zdjęć, ale nie sądzę, by było to możliwe. Oczywiście zawsze mogą znaleźć dublerkę, która zatańczyłaby w moich partiach tanecznych (jak Jennifer Beals we „Flashdance”), ale sama myśl, że ktoś inny miałby tańczyć moje kawałki, jest okropna. Jestem w trzecim miesiącu i pozostały mi jeszcze jakieś cztery tygodnie, w ciągu których będę w stanie to ukryć. Proszę, drogi Boże, spraw, by zmienili harmonogram, spraw, bym przez to przeszła, bym nadal była świetna i nie zrujnowała tego filmu. Obiecuję, że będę grzeczna.

Budapeszt, Wielka Sobota 1996

Bóg istnieje. Słońce świeci i gdy spoglądam przez okno, przysięgam, że widzę skrawek zieleni. Dziś postaram się niczym się nie przejmować. Spróbuję nie tęsknić za domem, nie być fatalistką. Nie będę czytać Dorothy Parker.

Wszyscy moi przyjaciele wysłali mi paczki, więc zamierzam obżerać się foie gras, kawiorem i czekoladowymi jajkami Cadbury, choć lepiej z umiarem, bo mój brzuch z bułeczki zmieni się w bochen chleba.

Budapeszt, środa, 10 kwietnia 1996

Ostatnie kilka dni było bardzo niepokojące. Kręciliśmy sceny z Tęczowej Trasy, kiedy to Evita, jako ambasador dobrej woli, przybywa do Europy. W Hiszpanii i Włoszech przyjęto ją dobrze, ale we Francji sprawy przybrały zły obrót. Miały tam miejsce antyperonistyczne demonstracje, w jej samochód rzucano jajkami i cegłami skandując “Do domu, dziwko!”. Nie musiałam specjalnie się starać, by wyobrazić sobie, co czuła, i być może wszystkie te złe nastroje wobec niej udzieliły mi się.

Ciąża powinna napawać mnie radością, ale tak nie jest. Wciąż odnoszę wrażenie, że zniszczę to, nad czym tak ciężko pracowaliśmy. Coraz więcej ludzi dowiaduje się o moim stanie,  jako że Alan musi jakoś wyjaśnić producentom, dlaczego konieczne są tak drastyczne zmiany w naszym harmonogramie. Wszyscy są tacy dyskretni, słodcy i okazują mi tyle serca, ale mam poczucie winy, czuję, że sprawiam innym kłopot.

Czuję się jak czternastolatka usiłująca ukryć swą ciążę przed rodzicami. Przez to czuję się tak, jakbym miała się czegoś wstydzić. Ludzie, którzy dowiadują się o mojej ciąży, gratulują mi, ale zawstydza mnie to. Dlaczego? Jeszcze tego nie wiem. Czuję się, jakbyśmy wszyscy uczestniczyli w wyścigu z czasem. Jak ja będę promować film, biorąc udział w tych wszystkich wspaniałych sesjach zdjęciowych, skoro nie mogę się nawet zmieścić w kostiumy?

Jak zareaguje prasa, gdy się o tym dowie?

Patrzę w lustro, spodziewając się ujrzeć zarumienioną twarz przyszłej matki, ale widzę jedynie ciemne plamy pod oczami i trądzik. Powinnam być  szczęśliwa i podekscytowana, a jestem przestraszona. Są dni, gdy czuję się jak w pułapce, ale mówią, że to normalne. Jestem pewna, że wszystko byłoby łatwiejsze, gdyby był tu Carlos. Dzięki Bogu przyjeżdża w przyszłym tygodniu. Niezupełnie tak wyobrażałam sobie zakładanie rodziny.

Budapeszt, niedziela, 14 kwietnia 1996

Obudziłam się z bólem żołądka. Prawie w ogóle nie spałam. Zeszłej nocy pracowaliśmy do późna i w niesamowitym zimnie. Trzeba było maszerować w tę i z powrotem Placem Bohaterów, na czele tłumu robotników niosących pochodnie i domagających się uwolnienia Perona, praw dla klasy robotniczej i dla całej Argentyny. Po powrocie do domu wpełzałam pod każdy koc, jaki znalazłam, ale nie mogłam dostatecznie się rozgrzać. Słyszałam, że statyści zbuntowali się po tym, jak opuściłam plan z powodu zimna i podpalali pochodniami transparenty i godła. Nie mam do nich za to pretensji. Na ich miejscu zrobiłabym to samo.