Perypetie Madonny i amerykańskiego środowiska filmowego nadają się przynajmniej na odcinek serialu paradokumentalnego. Po dobrym „Rozpaczliwie poszukując Susan” i epizodzie w „Vision Quest”, na Madonnę wielu patrzyło z nadzieją, jako na głos utalentowanego, młodego pokolenia. Ale potem przyszły „Kim jest ta dziewczyna?” i „Niespodzianka z Szanghaju”, które nie zachwycały, a wywoływały salwy śmiechu i bynajmniej nie z uwagi, że były dobrymi komediami. Środowisko filmowe zresztą przez większą część lat 90. zwykło pokazywać Madonnie, gdzie jej miejsce.

Madonna i Sean Penn w Niespodziance z Szanghaju (1986)

Czy Madonna jest kiepską aktorką? Na to pytanie trudno odpowiedzieć w skrócie, na jaki pozwala krótki tekst na blogu, bo jest to temat na rozprawę naukową. Osobiście uważam, że Madonnę od wybitnych aktorek dzielą lata świetlne, ale… nie jest tak zła, jak tego chcą media i żądna krwi publika. A już na pewno nie tak zła, jak usiłuje tego dowieść środowisko filmowe.

Moim zdaniem, powód domniemanej beznadziejności Madonny tkwi nie w tym, że nie ma za grosz talentu, ale w tym, że totalnie nie ma nosa do doboru ról i przyjmowała te, dla których właściwym miejscem jest kosz na śmieci. Nie oszukujmy się – Nikki Finn z Kim jest ta dziewczyna? jest może i uroczą, zwariowaną blondynką, ale jej postaci nie da się zagrać wybitnie, bo jest zwyczajnie mizernie napisana. Nie jest jednak aż tak źle, jak w przypadku Glorii Tatlock z Niespodzianki z Szanghaju. W tym filmie fabuła zamiast płynnej historii przypomina kangurze skoki, a finalnie i tak trudno się połapać, o co chodzi i co niby ma w nim śmieszyć (najlepszą reakcją na film było niezrozumienie pomieszane z zażenowaniem, kiedy mieliśmy okazję widzieć go w ramach wspólnego seansu na grupie Royal Madonna – B-Side), a główna postać kobieca jest wybitnie nieporadną paniusią, która chyba wyłącznie wnerwia, zamiast bawić. Roli tej nie uratował nawet partnerujący Madonnie utalentowany, młody i przystojny jak diabli Sean Penn. Ba! Wręcz ją pogrążył. Wypadła bowiem przy nim zwyczajnie blado. O ile jako Susan Madonna gra samą siebie (uwielbiam scenę, w której siedzi przed klubem „Magia” w pomarańczowej koszulce z naszytymi literami MC i ujęcie kamery udaje, że wcale nie chodzi o „Madonnę Ciccone”) i nie ma żadnych wątpliwości, że nie było to bardzo wymagające, o tyle w roli panny Tatlock widać, że zupełnie jej nie czuje, a dystans, jaki dzieli prawdziwą Madonnę od granej postaci, działa tu na niekorzyść.

Nie w małych różnicach postaci względem aktorki tkwi jednak klucz do sukcesu filmu. W „Dicku Tracym” Madonna wyśmienicie daje radę z zagraniem postaci dalekiej sobie samej. Być może im większe porozumienie ona złapie z reżyserem, tym lepiej wypada jej gra aktorska. Wiedzą o tym ci, którzy mieli okazję reżyserować choćby jej teledyski. Może zatem moment, w którym Madonnę zostawia się samą sobie na planie, jest chwilą, w której jako aktorka zaczyna wpadać w konsternację, a brak warsztatu nie pomaga w odnalezieniu się w sytuacji?

Warren Beatty, Mandy Patinkin i Madonna na planie filmu Dick Tracy (1990)

Znamienne jest również to, że krytyka zazwyczaj nie zostawiała na Madonnie suchej nitki zwłaszcza wtedy, gdy grała w filmach i równocześnie odnosiła duże sukcesy muzyczne. Choć to może się wydawać banalne, zastanawiam się, czy to nie zazdrość i chęć ukrócenia ambicji kobiety, która ni stąd, ni zowąd wyskakiwała ludziom z lodówki. Działanie na zasadzie „żeby jej nie było za dobrze!”. Prawdę mówiąc, w ogóle mnie to nie dziwi, w końcu nie przepadamy, kiedy ktoś chce być dobry absolutnie we wszystkim, podświadomie czujemy się zagrożeni w towarzystwie takiej osoby i mamy wrażenie, że się szarogęsi. Czy to jest dobre? Sami odpowiedzcie sobie na to pytanie. 😉

I tak Madonna grała sobie w filmach, które raz określano mianem dobrych, innym razem krzycząc, jak bardzo są do dupy, aż nadszedł 1996 rok i „Evita”. Dzieło, które biografka Madonny Lucy O’Brien nazwała „ukoronowaniem jej aktorskich ambicji” i „miejscem, w którym duża rola i muzyka spotykają się w jednym miejscu”. Istotnie tak było. Madonna odwaliła genialny kawał roboty, choć historycy twierdzą, że postać prezydentowej Argentyny została przerysowana. Możliwe, ale należy brać pod uwagę formę. Nie jest to zwykły film biograficzny, a musical, który wcześniej przeżył długą historię na deskach teatrów. W musicalach zazwyczaj gra się w przerysowany, teatralny sposób, którego nie da się wyzbyć w obecności kamery.

Tu jednak powinniśmy się skupić na odbiorze społecznym i głosach krytyki. Film zbierał dobre lub przeciętne recenzje, jednak to głównie publiczność była zachwycona, stwierdzając nie bez zdziwienia: „ona jednak umie grać!”.

Ogólny podziw nie mógł się skończyć inaczej – Madonnę nominowano do Złotego Globu w kategorii „Najlepsza aktorka komediowa lub musicalowa”. O nagrodę ubiegały się wielkie nazwiska jak Glenn Close za rolę Cruelli de Mon w „101 dalmatyńczykach”, Frances McDormand za rolę w „Fargo”, Barbra Streisand za „Miłość ma dwie twarze” czy Debbie Raynolds za rolę w „Mamuśce”, przy dokonaniach których piosenkarka wypadała dość blado ze swoim filmowym dorobkiem i nadszarpniętą reputacją. Mając na uwadze taką konkurencję, prasa chyba w ogóle nie brała Madonny pod uwagę jako potencjalnej wygranej. Nie była na to gotowa chyba również sama Madonna, która na gali, w momencie wygłoszenia przez Nicole Kidman nominowanych w jej kategorii, siedziała spięta i niepewnie uśmiechnięta, z ręką Carlosa Leona na ramieniu. Kiedy padło jej imię jako zwyciężczyni, niepewnym i jakby trochę ciężkim krokiem poczłapała do mikrofonu. Jej przemówienie świadczy o tym, że chyba sama nie do końca wierzyła w możliwość własnego powodzenia.

I wtedy bomba – media oszalały. Madonna najlepszą aktorką! Nawet polska prasa codzienna, pozostająca w niewielkiej izolacji od tego, co się dzieje, zdecydowała się donieść o tym niecodziennym zjawisku. Oto jaki artykuł pojawił się wówczas w „Super Expressie”:

Zwraca uwagę zwłaszcza ostatnie zdanie: „Bardzo często laureaci Złotych Globów zwyciężają w rywalizacji o statuetki Oscarów przyznawanych przez Amerykańską Akademię Filmową”.

Istotnie – wiele razy na przestrzeni lat zdarzało się, że Złote Globy były nieformalnymi zapowiedziami tego, co później widzieliśmy ponownie na gali Oscarów.

Złoty Glob przyniósł Madonnie zainteresowanie mediów na całym świecie. W Polsce na rynek wchodziło wówczas nowe, kolorowe pismo – „Viva”. Już w pierwszym numerze, wydanym 17 lutego 1997 roku znalazł się obszerny artykuł na temat Madonny, krzyczący w nagłówku, że piosenkarka ma szansę na Oscara. Artykuł w chwili wydania był już jednak nieaktualny – nominację do statuetek Akademii ogłoszono 11 lutego i Królowa Popu nie znalazła się wśród zaszczyconych aktorek. Należy jednak uwzględnić, że mamy do czynienia z drugą połową lat 90., kiedy obieg informacji był znacznie wolniejszy. Zapewne artykuł był również przygotowany, zanim ogłoszono nominacje, w przeświadczeniu, że piosenkarka ma szansę przynajmniej na nią.

Nie inaczej postąpił wówczas również magazyn „Cinema”. W obszernym artykule najpierw przypomniał historię Evity, a w jego drugiej części biografię Madonny, z wyraźnym podkreśleniem, że skandalistka dorosła. Poświęcenie temu tematowi aż tak wiele miejsca w zaledwie jednym numerze świadczy o tym, jak bardzo wierzono wówczas w rolę Królowej Popu. Zwłaszcza że sam nagłówek krzyczał „Oscarek dla Madonny?”. Rzeczywistość okazała się przewrotna.

„Viva” z 17 marca również poświęciła trochę miejsca „wielkiej nieobecnej”. Okładkę zdobiło zdjęcie promocyjne z Evity, choć artykuł z wywiadem był znacznie mniejszy od poprzedniego.

Dlaczego Madonnę pominięto w nominacjach? Trudno powiedzieć. Niektórzy twierdzą, że nie zasługiwała na nagrodę. Inni – że jest to efekt działań nieprzychylnego środowiska filmowego, jakie decyduje o przyznaniu nagród. Dla przypomnienia – swój głos po ogłoszeniu nominacji oddaje ponad 6000 uprawnionych aktorów, reżyserów, producentów itp., będących członkami Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej. Warunkiem przyznania nagród jest jednak nominacja, którą wystawia komisja tejże Akademii na kilka tygodni przed uroczystą galą.

Tajemnicą poliszynela w środowisku artystycznym jest, że członkowie Akademii nie są chętni przyznawać nagród aktorskich osobom, które karierę robią w branży muzycznej. Rzeczywiście – bardzo rzadko zdarza się, aby taka osoba została uhonorowana, a i często zostaje pomijana. Jedną z nielicznych jest Cher, której udało się zdobyć nagrodę za „Wpływ księżyca”, ale sama nie kryła, że Akademia nie darzy jej sympatią. Jak widać, coś więc jest na rzeczy.

Być może Królowa Popu nie dostała Oscara ze względu na niepisane zasady, którymi kierowali się głosujący. Nie da się bowiem wykluczyć, że filmowcy, tak jak w przypadku innych piosenkarek grających w filmach, chcieli w przypadku Madonny powiedzieć „nie chcemy Cię w naszych szeregach jako aktorki, możesz dostać Oscara tylko wtedy, kiedy śpiewasz”.

I zaśpiewała – pojawiła się na gali w 1997, tej samej, na której mogła odbierać upragnioną statuetkę. Zaśpiewała nagrodzoną piosenkę „You Must Love Me” i wzbudziła zachwyt dziennikarzy, którzy nie omieszkali wspomnieć, że Madonna musi mieć naprawdę niezłe jaja, aby pojawić się tam, gdzie usadowi się śmietanka gości, którzy pokazali figę jej dokonaniom, ewidentnie zasługującym na nagrodę.

W tym miejscu należy umieścić pewne sprostowanie – wiele osób uważa, że Madonna dostała Oscara za piosenkę z „Evity”, podobnie jak za „Sooner Or Later” w 1991. Wszyscy bardzo byśmy chcieli, jednak… nie. Przepisy mówią wyraźnie, że statuetkę zdobywają wyłącznie twórcy utworu, nie zaś jego wykonawca. W obu przypadkach Królowa Popu jedynie śpiewała numery w filmach, więc musiała obejść się smakiem. W 1997 musiało to boleć podwójnie i chyba do dziś Madonna nie wybaczyła Akademii tego afrontu.

Mijały lata, artystka odnosiła sukcesy na polu muzycznym, jednocześnie zbierając cięgi za role w „Układzie prawie idealnym” i „Rejsie w nieznane”. Na jej konto trafiały jedna za drugą Złote Maliny, czyli przeciwieństwa Oscarów. Osobiście uważam, że całkowitą złośliwością jest przyznanie jej tego wątpliwej jakości wyróżnienia w kategorii „Najgorsza aktorka drugoplanowa” za rolę w „Śmierć nadejdzie jutro”, gdzie zagrała dosłownie maleńki epizod, a nie rolę drugoplanową. Tam nawet nie miała czasu zagrać źle! Była jednak pierwszą aktorką z bondowskiej serii, która nie tylko zaśpiewała, ale i zagrała. Piosenka tytułowa zbierała pochlebne recenzje i podbijała listy przebojów. Wygląda zatem, że kiedy tylko Madonna robi coś na polu muzycznym, co przynosi jej sukces, w środowisku filmowych wiesza się na niej psy. Po zajechaniu jej za mikroskopijne cameo, artystka zraziła się i zarzekła, że więcej nie zagra w filmie. Prasa nie myślała jednak, żeby przestać – w 2010 całkowitym afrontem było moim zdaniem nominowanie Madonny do Złotej Maliny w kategorii „Najgorsza aktorka dekady”.

W 2012 Madonna miała za sobą już całkiem dobrze przyjęty reżyserski debiut. Przypadek sprawił również, że w jej filmie „W.E.” pojawiła się piosenka „Masterpiece”. Złote Globy ponownie okazały się szczęśliwe dla powracającej do muzyki po czteroletniej przerwie Madonny – filmowy utwór zgarnął statuetkę, co rozpoczęło serię utarczek z Eltonem Johnem i jego mężem, którzy wyrażali się o Madonnie niezbyt pochlebnie. Nie w tym jednak rzecz.

Kiedy ogłoszono nominacje do Oscarów w analogicznej kategorii, znów uwagę zwrócił brak Madonny wśród nominowanych. Oczywiście wtedy znacznie dobitniej mówiono, że „ktoś jej tam chyba nie lubi”, jednak prawda okazała się brutalna i nieco przewrotna. Nikt z członków Akademii nie musiał odpowiadać na pytanie o sympatię lub jej brak, nie pomogłaby nawet Beyonce, będąca jedną z głosujących, gdyż tym razem w ich ręku znajdował się mocny argument. Zasady przyznawania mówią wyraźnie: nagrodę dla najlepszej piosenki filmowej może dostać wyłącznie nowy utwór, powstały na potrzeby danego filmu i musi on pojawiać się w filmie, lub najpóźniej wraz ze startem napisów końcowych. „Masterpiece” zaś zaczyna się… dokładnie 24 sekundy po starcie napisów w „W.E.”. Niestety – poważne instytucje nie naginają zasad, nawet dla Królowej Popu.

Inna sprawa, że sama Madonna nie przepada za tą piosenką – nie planowała jej nagrywać, o czym zresztą wspomniała podczas ceremonii Złotych Globów. Podczas koncertów zdecydowała się ją śpiewać tylko dlatego, że nie wyszło z „Falling Free”. Może zatem uważa, że nie jest to piosenka, z której należy być dumną? Jeśli tak, to czy nie mogła celowo pozbawić jej szans w wyścigu o najwyższą nagrodę? Chyba nikt nigdy nie myślał o tym w ten sposób.

Nie wiem, czy Amerykańska Akademia Filmowa działa jak mafia, w której kręgi mogą się dostać wyłącznie wyselekcjonowani, czy też są to tylko wyolbrzymione plotki, jednak patrząc na zmagania Madonny z tą instytucją można odnieść całkiem zasadne wrażenie, że jej członkowie reagują na piosenkarkę alergicznie. Pominięcie jej w nominacjach za „Evitę” uważam za absolutnie bezzasadne, bo całkowicie zasługiwała na nagrodę. Gest ten odbieram tylko i wyłącznie jako podcięcie jej skrzydeł jeszcze na starcie, jakby na „wszelki wypadek”, bo było wiadomo, że ma szanse wygrać. W przypadku 2012 roku nie mam już jednak żadnych zastrzeżeń – nawet jeśli zależało jej choćby na nominacji, zasady pozostają zasadami. Te społeczne Madonna może łamać, ale regulaminów musi przestrzegać nawet ona…

Madonna na planie filmu Cztery pokoje (1995)

Czy Madonna ma szanse na Oscara? Ponownie nie da się dziś odpowiedzieć na pewno. Wygląda jednak na to, że próbą sił okaże się wkrótce film biograficzny, nad którym artystka zamierza pracować. Jako współautorka scenariusza, reżyserka oraz zapewne osoba odpowiedzialna za filmowe piosenki (wiemy, że przesłuchiwała niewydane materiały, a zatem jeśli zdecyduje się na ich umieszczenie na ścieżce dźwiękowej, z punktu widzenia Akademii będą to nowe utwory, które mogą się ubiegać o nagrodę) z pewnością zwiększa ona swoje szanse na nagrodę lub nominację w kilku kategoriach. Prawda jest jednak taka, że jak jednym udaje się to szybko, np. z braku silnej konkurencji w danej dziedzinie, tak innym np. Glenn Close, mimo geniuszu, przez lata Oscar się wymyka. Może zatem brak uznania członków Akademii to nie taki straszny ból, jak sądzi Madonna? Z pewnością jednak nie zamierza ona zwalniać. A to przecież esencja Madonny…

Krystian Horwacik