Ten wpis poświęcamy Madonnie z okazji jej urodzin. Madonnie, ale też jej fanom, sympatykom i osobom, które po prostu lubią czasem posłuchać jej muzyki. Jest jednak trochę smutną refleksją nad tym, jak działają mechanizmy, które w prostych słowach sprowadzają znanych i lubianych do roli wycieraczki do butów. Jest osobisty, z punktu widzenia fana, którego życie zmieniła osoba i twórczość Madonny, bo tego dnia każdy fan zapewne myśli o niej indywidualnie.

Nie jest łatwo być kobietą. Świat, w którym żyjemy, przez wiele lat urządzany był przez mężczyzn. Jedno, dwa czy pięć pokoleń feministek, nie są w stanie zmienić tego stanu rzeczy, choć kropla drąży skałę i dowodzi, że praca u podstaw ma sens. Jeszcze trudniej być jednak kobietą, która w męskim świecie osiągnęła sukces. Wówczas zaczynają Cię nienawidzić także kobiety. Bo jeśli zrobiła karierę, a nie daj Boże zarobiła pieniądze, to na pewno dlatego, że wiedziała, pod który stół wejść. Najgorzej jednak, kiedy kobieta, która odniosła sukces, starzeje się. Wtedy nienawidzą Cię już wszyscy. Bo starzenie się to grzech. Stereotyp starej wariatki ma się doskonale. Bo jak stara, to powinna leżeć w trumnie. Bo cieszenie się życiem w „pewnym wieku” nie przystoi.

Czy ta baba w końcu powie sobie dość. Żałosna jest (pisownia oryginalna)

Z deka niesmaczne, kiedy spiewa to kobieta, ktora moglaby byc matka Melumy. Inaczej, jakby to byl mwzczyzna nieznacznie mlodszy czy tez starszy od niej. (pisownia oryginalna)

Madonna była najlepsza w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Tak do COADF. (pisownia oryginalna)

Wygląda trochę jak Edith Piaf przed śmiercią (pisownia oryginalna)

Coraz większe te usta…A może wreszcie jakaś nowa fryzura? (pisownia oryginalna)

Te komentarze padły ze strony osób, które w większy lub mniejszy sposób uczestniczą w życiu fandomu skupionego wokół Royal Madonna. Jedne szokują bardziej, inne mniej. Wszystkie jednak były pisane z perspektywy sędziego i wykonawcy wyroku. Wszystkie krzywdzą. Wszystkie powielają stereotypy, czyli to, z czym Madonna walczy od początku swojej kariery.

Wyobraź sobie, że Madonny nie ma. Właściwie nigdy nie było. O ile Twoje życie byłoby uboższe?

Moje byłoby uboższe o wiele wspomnień, które wywołuje u mnie jej muzyka. Czasem to skojarzenia – z osobami, miejscami, wydarzeniami. Dość luźno powiązane z jej osobą. Czasem jednak bezpośrednio – z koncertami czy fanowskimi imprezami.

Moje życie byłoby uboższe o wiele podróży, do jakich „zmusiły” mnie koncerty. Nigdy jednak nie narzekałem, że muszę jechać daleko na koncert. Zawsze chciałem. Koncert był miłym wydarzeniem, ale też pretekstem, by wsiąść w pociąg lub samolot i poznać trochę świata – czasem bliższego, czasem odległego. By poznać inną kulturę, zobaczyć, jak żyją ludzie w innym kraju. Wiem, że tę potrzebę poznawania otaczającego świata i radość z robienia tego dała mi w spadku ona.

Jako młody chłopak wychowany w małej wsi w górach, zawsze chciałem uciec w świat. Od dziecka czułem się bowiem outsiderem. Nie dlatego, że nie lubiłem ludzi. Ale coś uwierało. Nie wiedziałem, co. Po latach wiem, że to schematy, według których toczy się życie w małych miejscowościach, napędzane rytmem pracy, domu, niedzielnych nabożeństw i okazjonalnych festynów. Kiedy nie czujesz się w jakimś miejscu dobrze, szukaj innego. Jak Madonna, która z legendarnymi 30 dolarami w kieszeni poleciała do Nowego Jorku zacząć nowe życie. Wiele razy zmieniała miejsca zamieszkania, ale to tam czuła się najbardziej „u siebie”. Zacząłem więc szukać, sprawdzać różne miejsca. Dopiero po pewnym czasie dostrzegłem, że nieświadomie podążam jej śladami ku swojemu światu, urządzonemu według swoich norm i zasad. Tak więc i w tej kwestii jestem jej spadkobiercą.

Gdyby nie było Madonny, moje życie byłoby jednak przede wszystkim uboższe o ludzi. Niezliczone ilości twarzy, które poznałem dzięki jej muzyce – jedne bliższe, inne dalsze. Wszystkie jednak na swój sposób niezastąpione. Dzięki Madonnie pośrednio mam więc do kogo zadzwonić, gdy potrzebuję przewieźć rzeczy samochodem, gdy wyjadę i poproszę o zajęcie się mieszkaniem, gdy bywa ciężko i trzeba się komuś wygadać, gdy urodziny chcę spędzić z najbliższym gronem znajomych. Nie umiem sobie wyobrazić, że tych ludzi nie ma. Wraz z tym zniknęłaby połowa mojego życia, jeśli nie więcej, bo to głównie te twarze budują wspomnienia. Wizja utraty tej części życia jest wręcz przerażająca.

Jestem pewien, że nie jestem sam. Jestem pewien, że każdy, kto odczuwa choć trochę emocjonalnie muzykę, reaguje w ten sam sposób. Madonna dla naszego życia jest niczym efekt motyla – choć coś z pozoru związanego z jej życiem nas nie dotyczy, każdy jej ruch oddziałuje pośrednio na to, gdzie, kiedy i z kim będziemy. Choć nie jest to coś, nad czym się zastanawiamy, gdyby jej nie było, życie każdego fana wyglądałoby zupełnie inaczej.

Ludzie mówią, że jestem taka kontrowersyjna, ale ja myślę, że najbardziej kontrowersyjne, co zrobiłam, to to, że wciąż tu jestem. Michael odszedł, Tupac odszedł, Prince odszedł, Whitney odeszła, Amy Winehouse odeszła, David Bowie odszedł… a ja wciąż tu stoję. Jestem jedną z tych szczęśliwych.

Madonna, Billboard Women In Music, 2016

Wyobraź sobie, że Madonny już nie ma. Ten dzień nadchodzi. Wszyscy życzymy jej długiego życia, jednak patrząc chłodno na sytuację – nawet jeśli Madonna wydaje nam się istotą wyjętą spod czasu, która zawsze była i zawsze będzie – z całą pewnością można powiedzieć, że połowa życia już za nią. Żyjemy w czasach, w których wielcy muzycy odchodzą. Ci, którzy tworzyli kulturową rzeczywistość, w której żyjemy – czasem, czy nam się to podoba, czy nie.

Człowieczeństwo Madonny, o którym często zapominamy, związane jest z tym, że tak jak wszyscy, uczestniczy ona w znanym z lekcji polskiego danse macabre, które nie oszczędza nikogo i który jednaki jest dla króla i żebraka. Czy kiedy Madonny już nie będzie, będziemy ją szanować bardziej?

Podła część ludzkiego podejścia jest taka, że nad życie kochamy trupów. Rozumiem przez to, że kochamy dopiero, kiedy wielcy już odeszli, pogardzając nimi za życia lub umniejszając ich wartości. Zachowanie to jest popularne zwłaszcza w Polsce, w której bohaterem zaskakująco łatwo zostać, kiedy jest się już na drugim świecie, ale za granicą ma się to równie dobrze.

Paradoksalnie to nie grupy religijne, nie konserwatywni wyborcy i nie czciciele patriarchatu wylewają największe wiadra pomyj na głowę Madonny, a ludzie, którzy nazywają siebie jej fanami. Obserwując reakcje fandomu Madonny, mam wrażenie, że jest to grupa, która ma wobec niej najwięcej nienawiści. Czasem zdradzają podłą ludzką naturę – wyraz aprobaty to milczenie, wyrazem zniesmaczenia są hektolitry szamba zostawione w internetowych komentarzach. Zawsze zastanawia mnie ten masochizm – bijąca z wypowiedzi niechęć, powierzchowność, małostkowość, szorstkość, aż wreszcie hejt. Równolegle zaś wydawanie majątku na sprowadzanie jakiegoś wydania płyty numer X z państwa pokroju Demokratycznej Republiki Konga. I żeby było jasne – nie obchodzi mnie, co ludzie robią ze swoimi pieniędzmi (mogą robić i grilla na stuzłotówkach i nic mi do tego, póki to nie moje stuzłotówki). Zawsze jednak zadaję sobie pytanie o powód takiego „fanowskiego syndromu sztokholmskiego”. Co jest w Madonnie takiego, że można ją obsrać, a jednocześnie nie móc się z nią rozstać. Dlaczego zamiast odciąć się od tego, co boli (chyba boli?), ktoś woli siedzieć okrakiem na barykadzie i sączyć jad w kierunku czegoś, co sprawia mu ból, ale jednocześnie nie chcąc się od tego odciąć. Jaki jest tego powód? Własne kompleksy? Pustka w życiu? Nie stawiam się za wzór, ale jeśli coś nie sprawia mi przyjemności, czy wręcz boli, unikam tego. Mój czas jest zbyt cenny, by zajmować się kimś, kto nie sprawia mi przyjemności. Zamiast tego wolałbym zjeść czekoladę – może dużo cukru, ale za to przyjemnie.

Powyższe komentarze pojawiły się w jednej z facebookowych grup niezwiązanych z fandomem Madonny, gdy zamieściłem tam informację o jej wpisie na temat homofobicznych i seksistowskich wypowiedzi DaBaby. Post zebrał ponad 1300 reakcji, a wśród komentarzy nie pojawił się ANI JEDEN negatywny wobec Madonny.

Czytając te internetowe komentarze, można odnieść wrażenie, że ludzie spoza fandomu darzą artystkę większym szacunkiem, niż ludzie, którzy chcą do tej grupy należeć. Smutną prawdę odsłaniają niestety posty i newsy na temat wyglądu Madonny. Żyjemy w stabloidyzowanej rzeczywistości, w której artykuł „Madonna szokuje operacjami [ZOBACZ ZDJĘCIA]” ma większą poczytność, niż „Madonna wydaje nową płytę”. Z tym już się pogodziłem. Tej siły nie zmieni nikt, bo my – zwykli ludzie – potrzebujemy krwi znanych i lubianych. Czujemy się lepiej, kiedy ktoś z pieniędzmi czy wpływami zalicza upadek, bo wtedy nasz boli mniej. Niestety sprawdza się w tym wypadku powiedzenie, że kiedy sąsiad kupi krowę, ludzie nie modlą się, żeby też mogli kupić sobie krowę, ale żeby sąsiadowi krowa zdechła.

Ingerencje współczesnej medycyny estetycznej w ciało kobiety przestają być tematem tabu. Ktoś kiedyś powiedział, że nie ma ludzi brzydkich, tylko biedni. Stwierdzenie może trochę przesadzone, ale jednak… ma coś z prawdy. Bo jak inaczej niż własnymi kompleksami tłumaczyć fakt, że osoba krzycząca „kobieta powinna móc robić ze swoim ciałem, co chce / sama decydować o swoim ciele” jednocześnie nie pozwala na to Madonnie? A nawet jeśli, to co w tym złego? Czy robiąc nawet tysięczny lifting twarzy, Madonna krzywdzi kogoś? Płaci czyimiś pieniędzmi? A może przekreśla swoją inteligencję, obycie i dorobek artystyczny? Liczba komentarzy w stylu „kiedyś była fajna, teraz już nie jest” powala. Wszyscy mamy tendencję do gloryfikowania przeszłości, ale w stosunku do Madonny poprzeczka jest zawieszona dwa razy wyżej. Idzie z tym bowiem co innego – wielkie oczekiwania.

W kwestii oczekiwań fanów powiedziano już wiele. Nie ma bowiem nic złego w tym, że ktoś czegoś oczekuje, w końcu po to jest się fanem. Trudno jednak oczekiwać czegoś od muzycznego kameleona i królowej indywidualizmu, która bardziej od ludzkich oczekiwań, kieruje się od zawsze tym, co sama chce zrobić. Fanom Madonny trudno chyba zaakceptować fakt, że czasy się zmieniły i nie jest już ona osobą szturmującą listy przebojów. Tak jakby trudniej było lubić kogoś, kto nie jest na topie. Niełatwo jednak zrozumieć osoby, które przyczyn tego stanu rzeczy poszukują w… Madonnie. W tym, że kiedyś się starała, teraz to już nie to samo. Kiedyś jak coś robiła, było fajnie, teraz jak robi to samo, to jest już porażka. A kiedy się stara i coś dopracowuje, złe jest nawet to, że to robi, bo trzeba za długo czekać. Jest różnica między podśmiechiwaniem się z „coming soon”, a zarzucaniu jej tego, że ma gdzieś swoich fanów i swoją karierę. Istotą Madonny jest bowiem perfekcjonizm. Nie wypuszcza niedopieczonego ciasta.

Nie za wszystkim jednak idzie słynne „bo kiedyś było lepiej”. Czasem to po prostu: „ja chcę już, płacę, więc wymagam”. To kliencka roszczeniowość zatracająca człowieczeństwo – emocje, a wśród nich najbardziej chyba empatię. Kiedy odwoływano koncerty, z jakiegoś powodu fani założyli, że właśnie w tym momencie Madonna leży w łóżku przed Netflixem i śmieje się z ludzi, którzy jechali setki kilometrów na jej koncert. A przynajmniej tak to wyglądało. Nawet w obliczu problemów ze zdrowiem mało osób zadało sobie w głowie pytanie: „jak ona się czuje?”. Jak się czuje, kiedy idzie do toalety, trzymając się ścian i wyjąc z bólu. Jak się czuje ze świadomością, że musiała odwołać koncert tuż przed otwarciem bramek? Ludzie mieli prawo czuć się rozczarowani, ale… z jakiegoś powodu Madonnę równolegle odarto zarówno ze świadomości sytuacji, jak i z poczucia winy i innych uczuć, które towarzyszą człowiekowi, który wie, jaka spoczywa na nim odpowiedzialność. Tak jakby z góry założono, że to tylko jej widzimisię.

Okazuje się jednak, że czepianie się o wygląd to wierzchołek góry lodowej. Właściwie każdy fan Madonny znajdzie sto rozmaitych powodów, by powiedzieć o niej coś negatywnego. Począwszy od używania Photoshopa (niech rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie zamaskował swoich niedoskonałości), do tak absurdalnych rzeczy, jak to, że podczas wywiadów promujących płytę mówiła w kółko to samo. Okazuje się bowiem, że winą Madonny jest nawet to, że dziennikarze z różnych mediów zadają te same pytania o inspiracje, ludzi i treść płyty.

Resztkami empatii rozumiem wylew frustracji na sukces innych, kiedy jest on chwilowy, zbyt głośny względem osiągnięć czy nieadekwatny do wartości. Metodą Beaty Mazurek „nie popieram, ale rozumiem” nawet hejt na Madonnę lejący się w komentarzach na Pudelku czy innych szmatławcach, gdzie najczęściej spędzają czas umęczone życiem madki i niedowartościowane Janusze i Grażyny. Nie potrafię jednak zrozumieć, czemu wtórują im ludzie, którzy mają się za jej fanów. Być może nie rozumiem, bo do jej osoby i twórczości mam emocjonalny stosunek. Madonna jest jak przyjaciółka. A nawet kiedy przyjaciółka zwariuje, powiem jej, co myślę o jej zachowaniu, czasem być może będzie to szczere, ale bolesne, jednak nigdy nie opuszczę. Wiem bowiem, ile tej przyjaźni zawdzięczam.

Madonny kiedyś zabraknie. Ale to od nas zależy, czy wielbiona będzie dopiero po śmierci. Warto się cieszyć, że jest z nami jedna z ostatnich wielkich artystów. Warto zadawać sobie trud próby zrozumienia. Czas bowiem mija. Warto go mądrze wykorzystać.

W dniu urodzin, jako fan Madonny, życzę jej, aby nadal odnajdywała w sobie radość życia. Nie musi bowiem nic udowadniać, nie musi się już o nic starać. Zrobiła wszystko. Przesunęła granice kultury, zostawiła nam dziesiątki utworów na każdy stan ducha. Dała podwaliny pod istnienie wszystkich współczesnych gwiazd popu. Jeśli więc czuje przyjemność z tworzenia i ciągle chce się tym dzielić, to wspaniale. Ale jeśli radość daje jej spędzanie czasu z rodziną, wygłupy na dmuchanym flamingu czy picie wina w gronie przyjaciół, niech ma tego jak najwięcej. Niech cieszy się takim życiem, jakim je sobie stworzyła. A sukcesem niech będzie uznanie fanów. W końcu – jak stwierdziła na koncercie w Warszawie w 2009 roku – to my zmieniliśmy jej życie.

Krystian Horwacik