The Face
luty 1985
Jeffrey Ferry
Tłumaczenie: Jakub Urban
Dziewczyna nic na to nie poradzi. Chciała tańczyć, śpiewać, cokolwiek, dopóki światła reflektorów były włączone. Madonna dorastała ze złym przypadkiem ambicji i bardzo małym wstydem. Już za późno, by się zatrzymać. Samozwańcza Boy Toy jest gwiazdą. A może nawet będzie dobrą aktorką…

„Manipulowanie ludźmi – w tym jestem dobra.” Madonna wypowiada to rzeczowo i uśmiecha się. Napina górną wargę swoich szerokich ust i śmieje się. Ten śmiech mówi, że to żart, a ty nie powinieneś w to wierzyć. Ale oczy sugerują, byś to zrobił. Szerokie, okrągłe oczy, wpatrujące się w ciebie niewinnie, ale pilnie, błagają, byś jej uwierzył. Ona mówi to na poważnie. Jest poważną dziewczyną.
Madonna desperacko pragnie być gwiazdą. Wielką gwiazdą. Posiadanie singla numer jeden oraz longplaya numer dwa w Stanach Zjednoczonych, czego dokonała w grudniu, nie jest wystarczające. Wpadła w kłopoty opowiadając w amerykańskiej telewizji, że jej ostatecznym celem jest rządzenie światem. Mnie za to wyznaje, że jest nim znalezienie się obok Boga. Śmieje się, ale ja jej wierzę.
Jest w niej coś wyjątkowego. Nie ma to nic wspólnego z jej przeciętnym śpiewem, jej tańcem, który jest po prostu wprawny, czy też z jej wyczuciem stylu, które najlepiej można streścić mówiąc, że szybko się uczy. Ma to coś wspólnego z pięknem i seksualnością, którymi promieniuje, a nawet więcej – jest to efekt jej niezwykłej osobowości. Madonna jest dziwnym, unikalnym amerykańskim dziełem. Na zewnątrz ma ambicje, determinację oraz surową rządzę sukcesu. Za to wewnątrz, jak ziarenko w środku perły, znajduje się dziwna i nieoczekiwana kruchość. Napięcie między tymi dwoma czyni Madonnę fascynującą postacią, której nie da się oprzeć. Aż nazbyt łatwo można uwierzyć w to, że jest przeznaczona do sukcesu, którego tak bardzo pragnie.
Być może osiągnie to jako gwiazda popu, ale da się wyczuć, że bardziej prawdopodobnie jako aktorka. A w Nowym Jorku mówi się, że zostanie kolejną Marilyn Monroe…
Jak mawia jej francuska projektantka ubrań, Maripol, Madonna jest dzieckiem-kobietą. Może zabawna i radosna, ale pozostaje przy tym femme fatale. Jest wrażliwa, ale nie całkowicie bezbronna. Nie jest twarda, ale przetrwa wszystko. Jako naturalna gwiazda urodziła się, by nią zostać.
W rzeczywistości urodziła się w dużej włosko-amerykańskiej rodzinie z niższej klasy średniej w przemysłowym Detroit w stanie Michigan. Ciccone’owie mogliby być szczęśliwą rodziną, gdyby matka Madonny nie zmarła przedwcześnie na raka, będąc omyłkowo zdiagnozowana przez lekarzy. Mała Madonna miała wtedy zaledwie siedem lat, a jej świat się rozbił. Ojciec dziewczynki nie mógł poradzić sobie z opieką nad sześciorgiem dzieci i funkcją inżyniera, pracując nad systemami obronnymi dla Chrysler Corporation. Dlatego dzieci zostały rozesłane do różnych krewnych.

Po kilku miesiącach przemieszczania się od jednego krewnego do kolejnego, ojciec Madonny zatrudnił gosposię, a wszystkie dzieci mogły powrócić do domu. Ale dla artystki nie istniał żaden powrót do stabilności sprzed kiedyś. Jej ojciec zatrudniał kolejne pokojówki, których ona sama nigdy nie polubiła. W końcu ożenił się z jedną z nich, kiedy piosenkarka miała dziesięć lat.
„Małżeństwo mojego ojca było niespodzianką dla nas wszystkich. Sądziliśmy, że weźmie ślub z kimś innym, kto przypominałby naszą matkę. A my bardzo na to liczyliśmy. Wyglądała trochę jak Natalie Wood, albo przynajmniej tak sądziłam, gdy byłam dzieckiem. Ale nagle postanowił się z nią nie żenić… Nigdy nie lubiłam mojej macochy. Była naprawdę twarda, surowa i zdyscyplinowana.”
Nie przesadzając z nadmiernym Freudyzmem, wydaje się słuszne, że doświadczenia Madonny z dzieciństwa mają wiele wspólnego z kruchością i niepewnością, którą emanuje. Ale jednocześnie była też wojowniczką. A walka o zdobycie miłości, której oczekiwała od ojca, konkurując z macochą i siedmiorgiem innych dzieci w domu, zmieniły małą dziewczynkę w przedwcześnie dojrzałą młodą kobietę.
„Od najmłodszych lat wiedziałam, że bycie dziewczyną i bycie uroczą w kobiecy sposób może dać mi wiele rzeczy. Wyssałam z tego wszystko, co mogłam.”
Surowa dyscyplina szkoły katolickiej również wzmocniła poczucie, że czuje się samotna i niekochana – opisuje katolicyzm jako mroczny, bolesny i pełen poczucia winy. Odpowiedziała na to stając się jeszcze bardziej ekstrawagancką i przykuwającą uwagę.
„Chciałam robić to, od czego odwodzili mnie wszyscy inni. W szkole musiałam nosić mundurek, bez makijażu, nylonowych rajstop i ściętych włosów. Nie mogłam chodzić na randki. Ani nawet do kina z moimi przyjaciółmi. Więc kiedy przyszłam do szkoły, podwijałam spódnicę, aby była krótsza, nakładałam w łazience makijaż i przebierałam się w nylonowe rajstopy, które przyniosłam. Byłam niesamowicie kokieteryjna i zrobiłabym wszystko, aby tylko zbuntować się przeciwko mojemu ojcu.”
Pragnienie atencji poprowadziło ją do występowania. W szkole była cheerleaderką i żonglerką batutą, ale wkrótce stała się bardziej ambitna. „Korzystałam z każdej okazji, by wymyślać krótkie piosenki i sekwencje taneczne i zawsze otrzymywałam owacje na stojąco. W końcu postanowiłam poświęcić się temu zawodowo. Zaczęłam brać lekcje baletu u bardzo surowego nauczyciela. Był katolicki i zdyscyplinowany. To on prawdziwie mnie inspirował. Wciąż powtarzał „jesteś inna”, „jesteś piękna”. Nigdy nie powiedział, że byłabym świetną tancerką. Powiedział tylko, że jestem bardzo wyjątkowa.”
Tańce i występy dały upust jej energii, którego poszukiwała i wypełniły pustki, które odczuwała.
„W szkole nigdy nie miałam grupy przyjaciół. Trzymałam się sama ze sobą i robiłam to, co chciałam. Ale niepokoiło mnie to. Myślę, że byłam samotna na wiele sposobów. A kiedy uczepiłam się tańca, znalazłam się wśród starszych i bardziej wyrafinowanych osób. Poczułam się lepsza. Po prostu poczułam, że całe to cierpienie, spowodowane niedopasowaniem się, jest tego warte. Nie wpasowuję się, bo tu nie należę – pomyślałam. Należę do jakiegoś wyjątkowego świata.”

Madonna opowiada o rozwoju swojej ekstrawersji, osobowości „kociaka” showbiznesu z niemal klinicznym oderwaniem. To tak, jakby sama była zdziwiona, że tak samotna dziewczynka mogłaby wyhodować twardą jak skała zewnętrzną warstwę ambicji. Ale stało się tak, że w późnych latach młodzieńczych determinacja zostania gwiazdą całkowicie przyćmiła wszystko inne w jej życiu.
Spytałem Madonnę czy dla niej, jako katoliczki, było trudno zdecydować się utracić dziewictwo.
„O nie. Myślałam o tym jak o ruchu zawodowym.”
Śmiech. I znowu te szeroko otwarte oczy, które nie pozwalają ci traktować tego jak kolejnego żartu.
W wieku 17 lat Madonna wyruszyła na poszukiwania swojego wyjątkowego świata – wyjechała do Nowego Jorku. „To była pierwsza podróż samolotem w moim życiu. Nikogo nie znałam. Nie miałam gdzie się zatrzymać. Miałam tylko 35 dolarów w kieszeni.” Na początku było ciężko. Cięgle się przenosiła, była spłukana i nieszczególnie lubiła szkołę tańca, do której się zapisała. Ale skończyła w świecie rock’n’rolla czując, że to najlepszy sposób, by stać się gwiazdą.
Historia jej sławy ma tak metodyczną nieuchronność, że można by pomyśleć, że napisano ją w Hollywood. W rzeczy samej, opowieść o Madonnie byłaby właściwie lepszym filmem niż „Flashdance”. W Nowym Jorku poznała chłopaka o imieniu Dan. Przekonał ją, by dołączyła do jego rockowego zespołu i by z nim zamieszkała. Nauczył ją grać na gitarze i pisać muzykę. Potem niejaki Steve, były chłopak z Detroit, na którego wpadła przypadkiem w Nowym Jorku, zainspirował ją do poprowadzenia swojej muzyki w kierunku disco i nagrania demo.
Jej następny chłopak zapoznał ją z dobrze prosperującą nowojorską sceną nocnych klubów. Madonna zainteresowała się modą i stała się jednym z ludzi nocy. Prawie codziennie chodziła do modnych dyskotek i mówiła każdemu kogo spotkała, że chce być – będzie – wielką gwiazdą.
To właśnie w nowojorskich klubach opracowała styl ubierania się, który wciąż jej towarzyszy. Wyobraź to sobie jako zapaśnicze połączenie dzianiny i bielizny z poważnymi rozdarciami po obydwu stronach. Skąpstwo swoich ubrań nadrabia oszałamiającym nadmiarem biżuterii, głównie metalowej i gumowej. Większość nawiązywała do katolicyzmu (krucyfiksy i różańce w miejscach, które przyprawiłyby zakonnice o apopleksję). Biżuteria od Maripolitan na Bleecker Street jest najlepsza. I nie musisz mieć ciała Madonny, aby ją nosić.

Mark Kamins, DJ w klubie Danceteria, poznał ją w tym okresie. Madonna była szczególna – młoda i odrobinę naiwna. Miała swój własny styl – zawsze z odkrytym pępkiem, topem z siatki i pończochami. Jednak zawsze wiedziała czego chce. Bardzo pragnęła występować przed ludźmi. Gdy zaczynała tańczyć, dwadzieścia innych osób ruszało z miejsc i tańczyło razem z nią.
To właśnie Mark Kamis, tak on także był jej chłopakiem, podarował jej pierwszy wielki muzyczny break. Przekonała go, by zagrał jej demo podczas pewniej sobotniej nocy w Danceterii. Tą piosenką było „Everybody”. Mark ją pokochał, podobnie jak stali bywalcy klubu. Później zabrał utwór do wytwórni fonograficznych. Sire natychmiast podpisało kontrakt z Madonną na wydanie trzech 12-calowych singli tanecznych. Po raz kolejny zarówno jej osobowość, jak i umiejętności muzyczne sprawiły, że dostała kontrakt płytowy. Seymour Stein, prezes Sire Records, jest jedną z najbardziej przebiegłych i wymagających postaci w branży muzycznej Nowego Jorku. Mimo, że wśród młodych dziewcząt z miasta był znany jako frajer, uderzyła go wyjątkowość Madonny.
„Byłem w szpitalu, gdy o niej usłyszałem. Sprawiło to, że chciałem ją natychmiast poznać. Mark Kamis przyprowadził ją, a ja podpisałem kontrakt tam, w szpitalu. Wiesz, zwykle nie obchodzi cię to jak wyglądasz w szpitalu. Ale ja ogoliłem się i uczesałem. Dostałem nowy szlafrok. Trochę o niej słyszałem i byłem podekscytowany na spotkanie. Posiadała coś, co ją natychmiast wyróżniało. Była wygadana, silna, dynamiczna… pewna siebie? Albo nie. Przekonana o własnej wartości, powiedziałbym.”
Pierwsze dwa single, „Everybody” i „Burning Up”, były wielkimi hitami dyskotek, ale przy niewielkiej promocji wywarły tylko znikomy wpływ na popowe listy przebojów. Na tym etapie wielu fanów Madonny wierzyło, że jest czarnoskóra. Sukces w dyskotekach przekonał Sire oraz siostrzaną spółkę Warner Brothers, aby wydać longplay z trzecim singlem i by rozpocząć wielką promocję, niezbędną do zaistnienia na listach przebojów w Ameryce.
Singiel „Holiday” dotarł do pierwszej 20-stki i stał się hitem lata w Stanach. Być może jest to kwintesencja piosenki Madonny – chwytliwa powłoka i dyskotekowy beat owity w chrupiącą nowojorską produkcję oraz elegancko przekraczający wszelkie rasowe i stylistyczne granice, które dzielą amerykańskie listy przebojów.
I to wszystko bez teledysku. Następy singiel, „Borderline”, był promowany małym, schludnym klipem. Madonna zagrała odzianą w skórę dziewczynę, bawiącą się na manhattańskim Lower West Side. A w tym wszystkim samochody, farba w spreju i oczywiście chłopcy. Amerykańska młodzież gapiła się na nią – te ubrania! Te usta! Te krucyfiksy! Ten pępek! To było nie do zatrzymania. Zaczął się Wielki Czas.
Teraz, z pomocą czegoś, co sama określa gwiazdorską solidnością Warnerów, nie ma wątpliwości, że najlepsze dopiero przed nią. Jej najnowszy singiel, „Like a Virgin”, osiągnął pierwsze miejsce w Stanach. Wszystko dzięki teledyskowi, w którym Madonna udaje się do Wenecji, aby figlować z gondolami, lwami i (bez nagrody za zgadywanie) chłopcami. Mówi się, że jego cena miała aż sześć cyfr. Drugi album również nazwano „Like a Virgin”. Jej produkcją zajął się Nile Rodgers, były członek zespołu Chic. Dzięki współpracy z Davidem Bowie’m znów stał się jednym z najgorętszych producentów w Nowym Jorku.

Jej muzyka rozwija się. Przechodzi ze stylu dyskotekowej laleczki do czystszego popu, ale dotyka też innych obszarów, inspirowanych muzyką czarnoskórych artystów. Na nowej płycie pojawiły się odświeżające echa Motown, a także niefortunne świętokradztwo ku pamięci starej piosenki Rose Royce – „Love Don’t Live Here Anymore”.
Ale niezależnie od tego, jak bardzo jej muzyka się rozwija, wizerunek Madonny wciąż wydaje się niezmiennie utrwalony w roli seksownego kociaka.
Zdjęcia z albumu oraz teksty jej piosenek wydają się sugerować, że jej najwyższą aspiracją jest ta, którą nosi na swoim słynnym pasku: BOY TOY. Jednak za czym w świecie popu, poza przyjemnościami BoyToy-stwa, opowiada się Madonna? Wydaje się, że nie zna ona niestety odpowiedzi na to pytanie. Nie tylko nie myślała o swoim własnym wizerunku, ale wydaje się, że w ogóle nie myślała o muzyce pop. To tak, jakby obchodzilły ją tylko ambicje i sukces. Sposób, w jaki chciała je osiągnąć, wydaje się ledwie warta drugiego spojrzenia. Zapytajmy ją.
– Madonna, jakie filmy lubisz?
– O, nie wiem. John, jakie filmy lubię? Ty wiesz… (John – obecny chłopak, John Jellybean Benitez – wzrusza ramionami).
– Jaką muzykę lubisz?
– Oh, lubię Bronsky Beat… John, co ja jeszcze lubię? (John wzrusza ramionami). Lubię muzykę, która ma duszę. Dobrą muzykę.
– Które aktorki lubisz?
– Marilyn Monroe, Carole Lombard.
– Świetnie. A z żyjących?
– Oh, Jessicę Lange, Susan Sarandon, ale John lubi je bardziej niż ja.
– Wszystkie Twoje piosenki wydają się opowiadać o chłopcach…
– „Over And Over” nie.
– O czym ona jest?
– O ambicji.
– Cóż, o czym chciałabyś jeszcze napisać?
– (Długa pauza…) O moim dzieciństwie. Napisałabym o dojrzewaniu i poczuciu samotności. O tym, że nigdy nie znajdziesz miłości, której potrzebowałeś w domu.
– Czy jesteś Boy Toy? [zabawką dla chłopców – przyp. tłum.]
– To tylko żart. To ksywka, której dorobiłam się, gdy pojawiłam się w Nowym Jorku. Tutaj ludzie noszą swoje pseudonimy na paskach. Musisz zrozumieć żart.
– Tak, ale czy czujesz się szczęśliwa, polecając amerykańskim dziewczynom, by zmieniły się w zabawki dla chłopców?
– To osobiste oświadczenie. Nie jest ono dla kobiet świata, tylko dla mnie.
– Więc jakie jest [twoje] oświadczenie? Że płoniesz dla mojej miłości? Że pochylasz się ku mojej miłości? (porównaj: „Burning Up”).
Pauza – wystarczająco długa, by te piękne oczy wysłały grom czystej niechęci, ale także do namysłu.
– To oświadczenie o niewinnej seksualności.
– Zatem zachęcasz wszystkie amerykańskie gimnazjalistki, nie mówiąc o tych ze szkół katolickich, aby oddawały się niewinnej seksualności?
– (Zirytowana) Boy Toy to żart.
Patrząc na powyższą, niezbyt przyjazną wymianę zdań, Madonna najpewniej zostanie Jane Fondą tych poniżej 21. roku życia, zachęcając dziewczęta do szlachetnej walki z wypukłością żołądka, nieestetycznymi znamionami i samotnymi nocami bez mężczyzny swoich snów. Ale może Madonna oznacza coś więcej…

Jeszcze w tym roku pojawi się pierwszy film z udziałem Madonny – „Rozpaczliwie poszukując Susan”. Gra w nim dziewczynę-lekkoducha, która porywa gospodynię domową klasy średniej. Brzmi jak idealna rola dla niej. Reżyserią zajęła się Susan Seidelman, która stworzyła już dobrze przyjęty film „Smithereens”. Madonna jest bardzo zapalona do grania i rzeczywiście wykazuje więcej zainteresowania filmami niż muzyką pop. Wyczuwa, że jej talenty, dziecięca kobiecość, rzetelność, a także dowcip, nadają się znacznie lepiej do bardziej zniuansowanego medium filmu niż do bezpośredniego, plastikowego popu.
Porównywanie Madonny do Marilyn Monroe wykracza poza fizyczne podobieństwo i manierę pierwszej do przerywania śpiewu piskami i westchnieniami w stylu drugiej. Podobnie jak Marilyn, Madonna miała nieszczęśliwe dzieciństwo, które dało jej bezwzględne pragnienie publicznej akceptacji i przekonanie, że może wygrać tylko dzięki seksapilowi. Podobnie jak Marilyn, Madonna ma inteligencję i dowcip podnoszący atrakcyjność seksualną powyżej poziomu prostackiej wulgarności (podobnie jak u Marilyn, wymaga to odpowiednich reżyserów).
– Madonna, co lubisz w Marilyn Monroe?
– Jej niewinność, seksualność, humor oraz wrażliwość.
– Posiadasz wszystkie te cechy.
Gdy Madonna szła cicho ulicami Greenwich Village, wystrojona jak choinka w pończochy, kurczyła się niepewnie pod każdym spojrzeniem, które ją dostrzegło, ale rozjaśniała, gdy była pewna, że jest to spojrzenie z zachwytu. Przypomniało mi to opis Marilyn autorstwa Edith Sitwell – piękny duch.
Podobnie jak u Marilyn, wydaje się, że Madonna pozwoliła obsesyjnemu dążeniu do sławy i uwielbienia pozbawić ją wszelkich mniejszych przyjemności z życia. Nie czerpała radości z muzyki, tańca, a nawet z chłopaków.
Byłem bardzo zaskoczony. W świetle pogłosek o tym, że Madonna bezwzględnie wykorzystywała swoich chłopaków, by dostać się na szczyt, wszyscy z nich wspominali ją bardzo czule. Ona za to zdaje się niewiele pamiętać ze swoich związków. Po Nowym Jorku krążą plotki, że jej obecna relacja z „Jeallybeanem” wisi na włosku – prawdopodobnie to kolejna ofiara bogini sławy.

Wyjątkowy przypadek Madonny może przynieść jej wielki sukces, jednak grozi też zmiażdżeniem delikatnej dziewczyny, która pozostaje w środku.
Jeden z jej byłych chłopaków powiedział mi:
„Sądzę, że Madonna żyje mitem o Monroe nawet bardziej niż sama podejrzewa. Seks jest jej wizytówką. Wie, że jest symbolem seksu i wykorzystuje to w świadomy sposób. Do tego stopnia, że stał się jej jedynym środkiem komunikowania się. To jedyny sposób na to, by poczuła się komfortowo i potrzebnie. Jest bardzo przerażona sobą samą i przebywaniem w samotności. Mimo to jest znacznie bardziej interesującą osobą niż myśli i dużo bardziej kruchą niż chciałaby się przyznać. Ale jeśli nie zmieni sposobu w jaki działa, będę się o nią bał.”
Brzmi to jak przepis na nieszczęście i najlepszy argument przeciwko BoyToy-stwu, pożądanego przez jakąkolwiek dziewczynę.
Może to także brzmieć jak recepta na bardzo dobre aktorstwo.
Maripol była z Madonną, kiedy występowała na żywo w narodowej telewizji podczas gali MTV.
„Gdy wyszłyśmy dzieci czekały na Madonnę na ulicy wiwatując. Obserwowałam ją, kiedy wchodziliśmy do limuzyny. Patrzyła na dzieciaki i zastanawiała się dlaczego tu jest. Chciała być z nimi na ulicy i wiwatować do samej siebie. Spojrzałam na jej twarz. Była tam czysta niewinność i radość.”