„Czy to odpowiedź Lady Gagi na zeszłoroczny koncert Madonny?” – spytał mnie znajomy w wiadomości, chwilę po tym, jak media poinformowały, że Gaga pobiła rekord Madonny swoim koncertem na Copacabanie. Rozeźliło mnie to pytanie. Od kilku dni obserwuję bowiem powrót do 2012 roku i trwającą wojenkę fanów jednej i drugiej. I na serio, nie wiem jak wy, ale ja jestem tym już zmęczony.
Zaczęło się rok temu, kiedy toksyczni fani Lady Gagi próbowali zdyskredytować osiągnięcie Madonny. 1,6 miliona ludzi nic nie znaczyło, bo było za darmo, w dodatku w jakimś „opuszczonym przez Boga kraju” (serio, takie komentarze widziałem o Brazylii). W tym roku Copacabana to „budowanie historii” i „największy koncert w historii”, choć warunki były dokładnie te same. Jak widać, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Albo od tego, kto występuje. Ale fani Madonny nie byli dłużni. Wszędzie można trafić na komentarze mówiące o tym, że „Gaga znowu zgapiła” i „Madonna zrobiła to pierwsza”. Wystarczyło z kolei, żeby Madonna ośmieliła się pokazać że żyje i udostępnić zdjęcie z urodzin partnera w tym samym dniu, kiedy najwyraźniej Gaga miała wykupiony abonament na Instagrama, żeby co wrażliwsze potworki dostały wylewu i w każdym komentarzu przypominały jej, że pora umierać, bo Gaga właśnie pobiła jej rekord. Dziś z kolei na grupach poświęconych Madonnie widzę analizy występów Gagi i naciągnięte jak gumka od jockstrapów w rozmiarze S na wielkim dupsku teorie o tym, jak to Gaga skopiowała Madonnę bo miała ciemne włosy, stroje w brazylijskich barwach i szkielet na scenie. Faktycznie, Madonna wynalazła peruki, zaprojektowała brazylijską flagę (nikomu nie przeszło przez myśl, że mógł to być np. wymóg organizatorów), i jako pierwsza pokazała w teledysku „Bedtime Story” szkielet. Dosłownie – dajcie mi motyw, a ja Wam pokażę, że Madonna zrobiła to pierwsza. Czuję się, jakbym przeniósł się w czasie do 2012 roku, tylko jakoś lustro i waga nadal kłamią…

Oczywiście, w każdym fandomie są toksyczne jednostki, są też ludzie, którzy potrzebują najwyraźniej rekompensować sobie swoje braki lub rozmiary przyrodzenia faktem, że „moja idolka jest najmojsza”. Nie generalizuję, że wszyscy tacy są, bo to nieprawda. Ale te mechanizmy dalej działają, co skrzętnie wykorzystują media, świadome, że na emocjach można nieźle zarobić, bo generują kliknięcia. I właściwie nie da się powiedzieć nic o Lady Gadze, nie przywołując ducha Madonny, zazdrosnej o sukcesy młodszej koleżanki, podobnie jak nie da się powiedzieć nic o Madonnie, żeby gdzieś za krzakiem nie czaiła się Lady Gaga, czyhająca na koronę królowej popu, którą podobno i tak przejęła lata temu.
Aż chce się spytać – czy naprawdę sądzicie, że wszystko, co Gaga robi, jest motywowane chęcią kopiowania? Czy naprawdę sądzicie, że jedyne co ma do roboty Madonna, to zazdrość o sukcesy innej gwiazdy i myślenie co by tu zrobić, żeby spróbować odgryźć się Gadze?
Nie znamy całego początku konfliktu, bo w głównej mierze za jego wykreowanie i rozdmuchanie są odpowiedzialne media. Zarówno jedna, jak i druga zdają się mieć raczej poprawne relacje, może nie przyjacielskie, ale na pewno nie wrogie, czego dowodem mogą być okazjonalne miłe słowa, kierowane pod adresem drugiej, lub pozowanie do wspólnych zdjęć przy rozmaitych okazjach. Niektórych jednak najwyraźniej to nie przekonuje. A media tylko na to czekają, bo drama to woda na młyn w strumieniu hajsu, który dzięki temu do nich spływa. Jeśli istnieje więc jakiś konflikt, to chyba jedynie tak, jak fantazje prawicowych chłopców na temat gejowskiego seksu – wyłącznie w głowach zainteresowanych.

„Cokolwiek ja albo ona nie zrobimy, zawsze będziemy odbierane, jako dwie walczące kozice” – powiedziała lata temu Cyndi Lauper o nieustannym przeciwstawianiu jej z Madonną. I w gruncie rzeczy taka jest prawda. Racjonalnie wiemy już, że kobiety w muzyce nie mogą istnieć bez porównań, rankingów i ogólnego oczekiwania, że jedna drugiej chce wydrapać oczy. Zabawne, że to samo nie obowiązuje facetów. Chłopy to kumple, baby to rywalki.
Madonnę przez wieki przedstawiano jako tę zazdrosną, która najchętniej przegryzłaby aortę każdej, która ośmieli się zbliżyć do niej wielkością, podczas gdy… ona sama w wywiadach mówi, że nie śledzi rankingów a niejednokrotnie zapytana, czy wie jak radzą sobie jej piosenki na listach przebojów, wspominała, że nie ma pojęcia. Nie jeden raz mówiła też, że cieszą ją młodsze gwiazdy, dla które idą jej śladem. No i może w tym miejscu warto odłożyć na bok negatywne emocje i „wejść w jej buty”. Jesteś utytułowaną gwiazdą, która po ponad 40 latach kariery nadal potrafi wyprzedać areny. Sprzedałaś więcej płyt, niż ktokolwiek w historii, zarobiłaś na koncertach więcej, niż przecięty człowiek jest w stanie wydać przez całe swoje życie i to bez specjalnego oszczędzania. Jesteś wzorem dla dziesiątek gwiazd, które idą po tobie i pobijają Twoje rekordy, sięgając coraz dalej. Czy to nie wystarczy, żeby czuć dumę z własnych osiągnięć?

Owszem, w biciu rekordów frekwencji na pewno pomaga fakt, że za bilet nie trzeba płacić. Ale historia i jednej i drugiej gwiazdy i ich koncertów na Copacabanie jest inna. Gaga wróciła na szczyt za sprawą najnowszej płyty. Jej występ na Coachelli przejdzie do historii jako jeden z najbardziej ikonicznych (z całym szacunkiem do wynoszonej na ołtarze Beyonce, która moim zdaniem nie ma podjazdu do najnowszego show Gagi). Wróciła do Brazylii po odwołanym kilka lat temu z powodów zdrowotnych koncercie. Jest w najlepszym możliwym momencie kariery, by bić rekordy i wykorzystuje swoje pięć minut, bo jest artystką świadomą, że sława i uwielbienie są przelotne i mogą odejść w mgnieniu oka. Madonna z kolei była w stanie przyciągnąć ponad 1,5 miliona ludzi mimo że nie jest już tak popularna, jak kiedyś i jej kariera trwa od ponad 40 lat. Każdej gwieździe z takim stażem należy życzyć takiego wyniku po takim okresie, a zwłaszcza tej, która od lat nie miała komercyjnego hitu. Jeśli to nie jest najlepszy dowód na to, by uznać, że nadal liczy się w branży, to nie wiem, co nim jest.

Każdy, kto doszukuje się kopiowania w graniu koncertu na podobnych warunkach w tym samym miejscu na ziemi, nie tylko udowadnia własne kompleksy („czyjaś” gwiazda nie może tego zrobić, bo „moja” już to zrobiła), ale też pokazuje, że nie rozumie, jak działa showbiznes. Gwiazdy nie jeżdżą palcem po mapie i nie rzucają: „tu sobie zagram”. Organizacja takiego koncertu to gigantyczne przedsięwzięcie logistyczne, wymagające spełnienia masy formalności. Drugi rok z rzędu organizacją koncertu zajmują się władze Rio de Janeiro, które znalazły genialny sposób na promocję miasta.
Niezależnie od tego, która gwiazda jest Twoją ulubioną, da się żyć bez hejtu. Nie musisz nienawidzić Madonny i życzyć jej śmierci, jeśli bliższa twojemu sercu jest Gaga. Nie musisz doszukiwać się kopiowania i umniejszać talentowi Lady Gagi, jeśli to Madonna jest dla ciebie numerem jeden. Możesz być fanem i jednej, i drugiej. A jeśli lubisz jedną, a zupełnie nie czujesz drugiej, po prostu jej nie słuchaj, przełączaj, jeśli zakolejkuje ci ją Spotify, zmieniaj stację, jeśli usłyszysz jej kawałek w radiu. Naprawdę, nie ma przymusu. Miejsca starczy dla wszystkich gwiazd. To nie tort, że jak jedna dostanie większy kawałek, to innej dadzą mniejszy. Nie musisz rozumieć fenomenu jakiejś piosenkarki (najczęstsze, co można przeczytać o Taylor Swift w polskim Internecie), żeby dać prawo innym do radości z czegoś, co do nich w jakiś sposób trafia. Czuję, że mówię oczywistość, a jednak przypominam sobie, co widziałem w Internecie w przeciągu ostatnich 48 godzin i czuję, że trzeba to powtarzać do usranej śmierci.
Rekordy są po to, żeby je pobijać, a muzyka po to, żeby łączyć, nie dzielić. Dlatego proszę, stop the drama, start the music. A Gaga… skoro tyle lat jest w branży i nadal odnosi sukcesy, to może jednak coś umie? Może robi to tak, że nie trzeba się je wstydzić, a wręcz można być dumnym? I może jest najlepszą osobą, by pobijać rekordy Madonny?
Krystian