Joannę d’Arc spalono na stosie za zbytnią odwagę. Olympe de Gouges ścięto za „Deklarację praw kobiety”. Sufrażystki wybijające szyby w oknach londyńskich banków odsądzano od wiary i czci i redukowano publicznie do emocjonalnie niestabilnych wariatek. Historia walki kobiet o wolność zawsze była dramatem rozgrywanym na oczach osądzającej publiczności. Ale być może najgroźniejszymi sędziami nie byli nigdy mężczyźni, lecz inne kobiety…
Bo gdy kobieta krzyczy o niezależności – jest postrzegana jako buntowniczka. Gdy domaga się prawa do głosu – jest histeryczką. Gdy pokazuje ciało i rozkosz – bywa nazwana wulgarną i bezwstydną. I właśnie w tej niewygodnej kategorii od lat lokuje się Madonna. Niedawno dołączyła do niej kolejna „córka popu”. Mowa o Sabrinie Carpenter, gwieździe, której blask rozbłysł w zeszłym roku za sprawą hitu „Espresso” i która właśnie szykuje się do premiery kolejnego albumu noszącego przewrotny tytuł „Man’s Best Friend” zbierając przy okazji cięgi. Wiadomo – akcji towarzyszy reakcja. Zarówno Sabrina, jak i Madonna, to jednak kobiety, które nie walczą transparentami, ale pończochą, sceniczną pozą i popowym beatem.
Czy ich wystylizowana seksualność to zdrada feminizmu, czy jego dojrzalsza forma – taka, która nie boi się bycia zarówno obserwatorką, jak i obserwowaną? Dlaczego to właśnie feministki najostrzej je osądzają? I co łączy kampanię nienawiści wobec „Erotiki” Madonny z oburzeniem na okładkę „Man’s Best Friend”? Być może odpowiedź brzmi: Boże, uchowaj kobiety przed innymi kobietami.

Madonna została wzięta na celownik przez feministki w okolicy wydania „Like a Virgin”, kiedy oczy całego świata zwróciły się na tę niepozorną dziewczynę wijącą się w sukni ślubnej na scenie. Georges‑Claude Guilbert nazywając artystkę symbolem „kontradykcji współczesnego feminizmu”na łamach swojej książki „Madonna as Postmodern Myth”, zwrócił uwagę na pewien dualizm. Jednocześnie bowiem Madonna była postrzegana jako przełamanie patriarchalnych archetypów, z drugiej jednak była odbierana jako „wulgarna” i „nieprzykładna” przez część feministek.
Rosemary Hennessy i Sheila Jeffreys uznawały Madonnę za “wroga postmodernizmu”, twierdząc, że jej wykorzystanie seksualności podważa głębsze wartości feministek i nazwały „Like a Virgin” „kapitałem kulturowym późnego patriarchatu”. Inne (jak bell hooks) wskazywały, że Madonna sprzedaje seks, więc jej działania są płytkie i pozbawione feministycznej głębi. Nawet w 2018 roku Stephen Blease na łamach artykułu „Madonna is No Feminist” krytykował ją za pasek „Boy Toy”, nazywając go przykładem uprzedmiotowienia.
W 1989 roku, gdy ukazał się teledysk do „Express Youself”, feministki ponownie doznały furii. Wizerunek Madonny leżącej na łóżku, w anturażu sugerującym intymną scenę, skutej łańcuchami i czołgającej się pod stołem, by wylać na siebie miskę mleka, był określany mianem powrotu do mizoginistycznego porządku. Teledyskowi zarzucano fetyszyzację pod płaszczykiem empowermentu oraz utrwalanie wizerunku kobiety zdominowanej. Paradoksalnie – inne głosy krytyki zarzucały jej coś dokładnie odwrotnego – sprzedaż obrazu kobiety jako dominującej poprzez seksualność, a więc utrwalającej stereotyp, że dominację można osiągnąć tylko przez przyjmowanie „męskiej” postawy, jak zakładanie garnituru. Słowem – Madonnę krytykowano zarówno za dominację, jak i uległość. Każdy wizerunek w oczach feministek był zły, bo ich zdaniem za mało krytykował patriarchat. Można wręcz odnieść wrażenie, że zupełnie zignorowano wydźwięk klipu, a skupiono się na scenach wyrwanych z kontekstu, tak jakby nie stanowiły one większej całości.
Niedługo później zarzuty powtórzyły się przy okazji teledysku „Justify My Love”, który okazał się zbyt mocny dla MTV. Goszcząc w programie „ABC News Nightline” zdecydowała się odpowiedzieć na zarzuty feministek pod adresem tych dwóch teledysków:
(…) sama zakułam się w łańcuchy, jasne? Nie było tam żadnego mężczyzny, który założyłby na mnie kajdany. Zrobiłam to sama. Założyłam łańcuchy na własne życzenie. Sama wlazłam pod swój stół. Nie stał tam żaden mężczyzna zmuszający mnie do tego. Robię wszystko dobrowolnie. Ja tu rządzę, jasne? Upokorzenie jest wtedy, kiedy ktoś zmusza cię do zrobienia czegoś wbrew twoim życzeniom.
Kiedy ukazała się książka „Sex”, Madonna w oczach opinii publicznej stała się największym złem showbiznesu. Projekt ten oczywiście uważano za sprzedawanie najgorszej jakości pornografii, obliczoną wyłącznie na zyski fanaberię starzejącej się gwiazdy (tak, „starzejącą się” nazwano Madonnę w wieku 34 lat!) i desperację gwiazdy, której kariera się skończyła (wówczas po raz 2137 i jak wiemy nie ostatni). Deirdre Donahue na łamach „USA Today” napisała:
Królowa perwersji sięga po te same wyeksploatowane fantazje, które można zobaczyć w „Penthousie”… „Sex” nie szokuje, [książka] jest głupia, lekko żałosna, a co najgorsze – niezamierzenie śmieszna.
Wtórowała jej Marina Warner:
(…) nawet krótka wizyta w dzielnicach czerwonych latarni większości miast, w spelunkach za dworcami, gdzie prostytutki (…) obciągają laskę za śmiechu warte sumy (…) mogłaby jej dać do myślenia.
Podobnie widziała sprawę Della Grace, redaktorka z lesbijskiego magazynu „Diva”:
[Madonna] to czysta zabawa perwersją (…) podglądaczka (…), ani niebezpieczna, ani prawdziwa.
Gdyby Madonnę osądzano na podstawie reakcji środowisk feministycznych lat 80. i 90., trudno byłoby ustalić, co tak właściwie zrobiła źle — poza tym, że zrobiła cokolwiek. Użyła białej sukni? Skandal. Założyła męski garnitur? Również skandal. Ujawniła pożądanie? Seksizm. Pokazała dominację? Też seksizm. Feministki zarzucały jej jednocześnie zbytnią uległość i zbytnią dominację, co dobitnie pokazuje, że prawdziwym problemem był nie jej przekaz, lecz fakt, że w ogóle miała głos i mówiła nim o seksie.
Jeśli Madonna była „wrogiem postmodernizmu”, to nie dlatego, że nie rozumiała jego języka, ale dlatego, że mówiła zbyt głośno i zbyt bezwstydnie. Wychodząc poza salonowe koncepcje emancypacji, flirtowała z przemocą wizualną, pornografią, symboliką fetyszu — ale robiła to z pozycji sprawczości. I choć jej narzędzia były niekonwencjonalne, może nawet niepokojące, to właśnie w tym leży jej siła: nie pytała o pozwolenie, tylko brała to, co jej się należało – narrację, podmiotowość i pożądanie.
Być może właśnie to było najbardziej niewybaczalne: kobieta, która nie przeprasza za to, że żyje w centrum kadru i nie czeka, aż patriarchat ją zauważy. Madonna nie chciała być wzorem. Chciała być sobą — a to, jak pokazuje historia, najbardziej wkurzało tych, którzy domagali się, by kobiety były albo święte, albo potulne.
Co znamienne, najzajadlejsze głosy krytyki nie pochodziły wcale od mężczyzn, lecz właśnie od kobiet. To feministki najczęściej wbijały szpilę, analizując każdy ruch Madonny przez lupę „dobrej reprezentacji kobiecości”. To one zarzucały jej zdradę ideałów, pornografizację feminizmu, igranie z opresją. Zamiast uznać jej działania za kontrowersyjne, ale warte debaty, często redukowały je do desperackiej próby autopromocji – jakby kobieta nie mogła być jednocześnie podmiotem i marką. Jakby upodmiotowienie musiało przybierać tylko jedną, „słuszną” formę.

I dobra, minęły lata. Ale czy coś się zmieniło? Sabrina Carpenter jeszcze nie wydała płyty (premiera planowana jest na koniec sierpnia 2025), a już zdążyła sobie narobić wrogów, a wszystko za sprawą okładki płyty. Widzimy na niej piosenkarkę na czworakach, trzymaną za włosy przez uciętą w kadrze męską postać. Pobieżny research wystarczy, by zobaczyć ciekawe (i doskonale nam znane) reakcje feministycznej krytyki.
Kuba Shand‑Baptiste na łamach „The Paper” tak podsumowała rzeczoną okładkę:
W najlepszym wypadku okładka Carpenter to kiepski przykład satyry. Podnieca tych, którzy wierzą, że kobiety są gorsze, a nie ośmiesza te przekonania.
Arwa Mahdawi napisała z kolei w „The Guardian:
To ani trochę nie jest subtelne ani afirmujące seksualność – to po prostu soft porno podlizujące się męskiemu spojrzeniu. Ciągnięcie za włosy? Skrajnie niewrażliwe.
W sprawie okładki głos zabrała także organizacja wspierająca ofiary przemocy domowej – Glasgow Women’s Aid:
Okładka to krok wstecz. Wzmacnia mizoginistyczne stereotypy, podporządkowuje się męskiemu spojrzeniu, a przedstawienie kobiety ciągniętej za włosy może być szkodliwe i obraźliwe, zwłaszcza dla tych, którzy doświadczyli przemocy.
Żyjemy w epoce mediów społecznościowych, więc nie trzeba było długo czekać, by i tam pojawiły się głosy krytyki. X, Reddit i Instagram zalane zostały analizami okładki i opiniami zarzucającymi Sabrinie „promowanie przemocy wobec kobiet”, że hołduje uprzedmiotowieniu oraz że jest niewrażliwa.
Czy jednak w tym miejscu nie powinniśmy postawić pytania jak sprawę widzi sama zainteresowana? Panna Carpenter często występuje w stylu pin‑up girl, w roli super-cute, przesłodzonej blondynki. W skrócie – gra na skojarzeniach z wizerunkiem „dziewczyny z męskich fantazji”. Sęk w tym, że robi to świadomie i chyba to tak wkurza ludzi. Tymczasem ona sama w odpowiedzi na słowa Pete’a Watermana, który uznał jej stroje za „obraźliwe”, odpowiedziała w wywiadzie dla „The Sun on Sunday”:
Jeśli nie potrafisz znieść dziewczyny, która jest pewna swojej seksualności, to po prostu nie przychodź na moje koncerty.
Trudno powiedzieć, by te słowa jakkolwiek korespondowały z wizerunkiem „uległej”. Raczej słychać w nich echa słynnego: „Ja tu rządzę” wypowiedzianego przez Madonnę 35 lat temu.
Współczesny feminizm zdaje się niekiedy zjadać własny ogon i działać według dziwnego paradoksu: kobieta, która odzyskuje władzę nad swoją seksualnością, zbyt często zostaje oskarżona o… zdradę sprawy. Bo przecież „świadome ciało” to jedno, ale „świadome ciało w koronkach” — to już za dużo. Szczególnie jeśli patrzą mężczyźni. Wtedy robi się niebezpiecznie. Dla porządku. Dla idei. Dla feminizmu? Według tej logiki kobieta ma być wyzwolona — ale skromnie. A jeśli już MUSI być atrakcyjna, to niech przynajmniej udaje, że nie wie, że jest. Broń Boże niech nie prowokuje! Kobieta w body, z gołym udem i pewnym wzrokiem? Zdrada. Utrwalanie stereotypów. Seksualny imperializm. Kapitalizm w kabaretkach.
Tak oto dochodzimy do kuriozalnej sytuacji, w której kobieta, która decyduje się pokazać siebie, zostaje posądzona o… działanie na rzecz męskiego spojrzenia. Bo najwyraźniej emancypacja musi być aseksualna, najlepiej w worku pokutnym, albo chociaż w szerokim swetrze. Lub jak to dosadnie skomentowała Madonna podczas gali Billboard Women in Music w 2016 roku:
Pomyślałam: „A więc to tak, kiedy jesteś feministką, nie masz seksualności, zaprzeczasz jej.” Powiedziałam: „Pierdolę to, jestem inną feministką. Tą złą feministką.
Coraz częściej odpowiedzialność za interpretację dzieła zrzucana jest na jego twórcę. To artysta ma przewidzieć, uprzedzić, zabezpieczyć, wyjaśnić i jeszcze najlepiej dodać przypisy do wszystkiego, co stworzy – na wypadek, gdyby ktoś źle zrozumiał. Komentatorzy i krytycy próbują grać w grę pod tytułem „na wszelki wypadek”, chcąc być o dwa kroki przed domniemanym oburzeniem odbiorców. „Zrób to tak, żeby nikt nie miał wątpliwości” – mówią. Jasny przekaz, bez niedomówień. Zero dwuznaczności. Najlepiej wszystko na tacy i dużymi literami.
W epoce „szybko, szybko” – scrolluj, lajkuj, oburz się i idź dalej – nikt nie ma już czasu, żeby przyjąć dzieło. W jego pełni, z kontekstem, z przewrotem, z niedopowiedzeniem. A przecież właśnie to odbiorca ponosi odpowiedzialność za to, jak rozumie. To on ma wykonać intelektualny wysiłek. To jego obowiązkiem – nie artysty – jest zastanowić się, zanim wyda osąd. Bo jeśli ktoś interpretuje teledysk Madonny czy okładkę Sabriny Carpenter jako zachętę do uprzedmiotowienia kobiet, to nie problem sztuki, tylko problem jego własnych uprzedzeń. Jeśli nie zadaje sobie pytania, czy takie traktowanie kobiet jest w porządku i to co widzi przyjmuje bez żadnej refleksji, to jest to przejaw jego własnego spaczenia, a nie kogoś, kto – być może satyrycznie, być może z zamiarem wywrócenia stolika – trzyma lejce w tym dyskursie na temat swojej własnej seksualności i wizerunku.
Taka wybiórcza, płytka interpretacja – wyrwana z kontekstu, podszyta projekcjami – nie tylko deformuje dzieło, ale staje się szkodliwa społecznie. A kiedy próbuje się za nią obciążyć artystę, mamy do czynienia z retorycznym przemocowym absurdem. To już nie tylko nieporozumienie – to forma symbolicznego zrzucenia winy na ofiarę. Bo przecież – przepraszam za porównanie – „sama się prosiła, miała krótką spódniczkę”.
Zbyt często próbuje się dziś sprowadzić artystów do roli moralnych meteorologów, którzy mają przewidywać wszystkie możliwe burze emocjonalne odbiorców i odpowiednio wcześniej rozkładać parasolki. Tymczasem to nie twórca odpowiada za cudze błędne skojarzenia. Odpowiada za uczciwość intencji, a nie za to, jak zinterpretuje je ktoś, kto zatrzymał się na samym opakowaniu.
Nie można zakładać, że każde dzieło, które wywołuje silne emocje, automatycznie powinno zostać ocenzurowane, a najlepiej zakazane. Gdybyśmy opierali się wyłącznie na potencjale do negatywnych skojarzeń, musielibyśmy zakazać większości filmów — bo przecież przedstawiają przemoc, zbrodnie, toksyczne relacje i moga wywołać u kogoś poczucie traumy. A jednak nikt rozsądny nie oskarża Netflixa o promowanie morderstwa tylko dlatego, że serial „Zabójstwo Versace: American Crime Story” ukazuje zabójcę w detalach. Widz rozumie kontekst, analizuje, ocenia – a więc zadaje sobie trud zrozumienia tego, co widzi. Dlaczego więc w przypadku kobiecej seksualności nagle zakładamy, że odbiorca nie potrafi myśleć samodzielnie, a artysta musi w nieskończoność tłumaczyć się z tego, co miał „na myśli”? Jeśli coś wywołuje w indywidualnym odbiorcy dyskomfort, zgorszenie czy niechciane skojarzenia — zawsze przecież istnieje jedna genialnie prosta opcja: można odwrócić wzrok. W końcu sztuka nie jest zrobiona z plasteliny, by ją ugniatać pod czyjeś osobiste granice czy indywidualne odczucia niekorespondujące z szerszym kontekstem.
Nie jest to zresztą zjawisko nowe ani zarezerwowane wyłącznie dla Madonny czy Sabriny. Wystarczy przypomnieć sobie burzę wokół „Blurred Lines” Robina Thicke’a – utworu, który dla jednych był klubowym hitem, a dla innych odą do gwałtu. Albo „WAP” Cardi B i Megan Thee Stallion, gdzie kobieca seksualność wyrażona bez wstydu wywołała medialną panikę większą niż niejeden kryzys gospodarczy. Nawet Lil Nas X, całując się z mężczyzną w „Montero (Call Me By Your Name)” i tańcząc na rurze do piekła, spotkał się z falą oburzenia, której źródłem był nie tyle sam teledysk, co niezdolność widzów do przeczytania go inaczej niż dosłownie.
We wszystkich tych przypadkach interpretacja urastała do rangi oskarżenia, a artysta – zamiast zostać zaproszony do rozmowy – był stawiany pod ścianą i proszony o wytłumaczenie się z cudzych lęków, niewiedzy lub złej woli. To nie analiza, to sąd kapturowy w wersji TikTok.
Pytanie brzmi: czy naprawdę chodzi tu o troskę o społeczeństwo, czy może raczej o chęć ujarzmienia wolnej ekspresji — szczególnie wtedy, gdy wychodzi ona z ust kobiety, osoby queer lub artysty, który nie mieści się w wygodnych, jednowymiarowych rolach?
W imię walki z patriarchatem, to kobiety najczęściej zamieniały się w jego surogatów — odmierzając innym kobietom miarę przyzwoitości, smaku i strategii wyzwolenia, tak jakby istniał jeden odgórnie narzucony model, wzorzec według którego należy postępować, a jeśli tylko się wyłamiesz, nie możesz się nazywać feministką. Madonna przypomniała krytyczkom, że można iść zupełnie inną drogą, a przynajmniej rzuciła wyzwanie feminizmowi. Bo może tak nie istnieje jeden feminizm? Może wiele dróg prowadzi do tego samego celu? Ale to, jak wiadomo, boli najbardziej: kiedy kobieta nie tylko nie chce być twoją siostrą w walce, ale i nie potrzebuje twojej aprobaty.

W gruncie rzeczy cała ta debata wokół Madonny, Carpenter i szerzej – kobiecej seksualności – przypomina dziwaczny spektakl, w którym feministyczna cenzorka spotyka pruderyjną ciotkę. Obie w jednym chórze wołają: „Nie tak, dziewczyno. Za głośno. Za pewnie. Za bardzo wiesz, czego chcesz.” Tyle że ta dziewczyna – czy to Madonna wijąca się sukni ślubnej na scenie, czy Sabrina w body, trzymana przez chłopaka za włosy – już dawno przestała ich słuchać.
I zanim ktoś rzuci, że „facet nie powinien się wypowiadać o kobiecej ekspresji seksualnej” – przypomnę tylko, że jeśli nie możemy mówić o sobie nawzajem, to tracimy język wspólnej rozmowy. A nie trzeba być kobietą, żeby rozpoznać, kiedy ktoś próbuje zamknąć kobietę w kolejnej szufladce – tylko że tym razem rzekomo „dla jej dobra”.
Być może właśnie na tym polega dzisiejszy „zły feminizm”: nie w walce przeciw patriarchatowi, ale w wymykaniu się oczekiwaniom – także tym narzuconym przez inne kobiety. W nieprzepraszaniu za ciało, za władzę, za przyjemność. W odmowie bycia „w porządku” wobec cudzych lęków.
A jeśli ktoś nadal ma z tym problem, to może czas zadać niewygodne pytanie: czy naprawdę chodzi o patriarchat… czy może o to, że kobieta, która czuje się wolna, staje się niewygodna – również dla innych kobiet?
Bo może najgorszą zbrodnią, jaką może dziś popełnić kobieta, nie jest eksponowanie ciała. Ani taniec w gorsetach. Ani śmiałe teksty. Może najgorszą zbrodnią jest to, że nie potrzebuje nikogo, by czuć się pełna. Ani mężczyzny. Ani zgody innych kobiet. I może dlatego właśnie niektóre feministki nie mogą jej wybaczyć…