„Ray of Light” Madonny to wzorzec najlepszej muzyki pop 2025 roku – i ona bardzo chce, żebyście o tym wiedzieli
Independent
24 lipca 2025
Adam White
Tłumaczenie: Krystian
Jeśli jakiś styl dominuje w tegorocznej muzyce pop, to jest to melancholijna elektronika rodem z przełomu lat 90. i 2000 – ta, którą Madonna zaprezentowała jako pierwsza. Słychać to dziś u takich artystek jak FKA Twigs, Addison Rae czy Jade. A gdy Królowa Popu wypuszcza album z remiksami oparty na archiwach z 1998 roku, Adam White przygląda się zaskakującemu powrotowi zmysłowego, samotnego electro-smutku.
W kwietniu tego roku Madonna zamieściła na Instagramie wiadomość, która była zarazem serdeczna i subtelnie groźna. „Widziałaś, że ta i ta cię skopiowała?” – pyta ktoś Madonnę w hipotetycznej, ale zapewne opartej na faktach wymianie zdań, równie prawdopodobnej w 1992, co i w 2025 roku. „Boże broń, żeby kobieta mogła się kimś inspirować” – odpowiada Madonna z chłodnym spokojem. Do tej rozmowy, wklejonej na zdjęcie artystki kroczącej londyńską ulicą w ciemnych okularach, dołączony był jeszcze podpis: „Widzę was, kocham was. Świetnie sobie radzicie, słodziaki”.
Z biegiem dekad Madonna nieco złagodniała – zarówno jeśli chodzi o własną twórczość (jej trasa z największymi hitami w 2023 roku jeszcze niedawno byłaby nie do pomyślenia), jak i stosunek do artystek, które ewidentnie wzorują się na niej samej. Ale w jej spojrzeniu na świat popu wciąż czai się nuta zadziornej, pasywno-agresywnej drapieżności – coś w stylu: „Wiem, uwielbiam i wspieram to, że tak bezczelnie mnie kopiujecie” – co jest wyjątkowo, komicznie madonnowe. Dowód? Zaledwie kilka tygodni po tym wpisie na Instagramie pojawia się zapowiedź długo wyczekiwanej kolekcji remiksów, które przeleżały w szufladzie Madonny od końcówki lat 90. Każdy z tych utworów brzmi jak dźwiękowy szablon dla dokładnie takiej muzyki, jaką dziś tworzą najbardziej ekstrawaganckie popowe artystki – od FKA Twigs i Addison Rae, po Arcę, Caroline Polachek i Erikę de Casier. Jade, nadzieja brytyjskiego popu, już w marcu wypuściła własną wersję „Frozen” – surowej ballady Madonny. Boże broń, żeby kobieta mogła się kimś inspirować.
„Veronica Electronica”, czyli album, który ukaże się jutro, zawdzięcza swoją nazwę alter ego, które Madonna zasygnalizowała w 1998 roku podczas promocji płyty „Ray of Light” – zmysłowego, nocnego albumu tanecznego, na którym znalazły się takie hity jak „Frozen”, „Drowned World/Substitute for Love”, „Nothing Really Matters” i wciąż oszałamiający utwór tytułowy, z hipnotyzującą melodią techno i euforycznym wokalem. Pomysł na album z remiksami pod tytułem „Veronica Electronica” pojawił się już rok po premierze płyty, ale Madonna skupiła się wówczas na nagrywaniu kolejnego krążka – „Music” z 2000 roku, który rozwinął współpracę z głównym producentem „Ray of Light”, kosmicznym geniuszem Williamem Orbitem, oraz francuskim pionierem elektroniki Mirwaisem Ahmadzaï.
Zgodnie z chaotycznym stylem, w jakim w ostatnich latach zarządzano katalogiem Madonny – szeroko zapowiadane reedycje z 2021 roku wciąż nie ujrzały światła dziennego – „Veronica Electronica” okazuje się ostatecznie dość rozczarowującą premierą. Zamiast niepublikowanych nagrań z 1998 roku, album oferuje lekko odświeżone wersje remiksów, które i tak już wcześniej znalazły się na singlach CD promujących „Ray of Light”, plus jeden zupełnie nowy demo-utwór. Nawet sam William Orbit nie krył zawodu. „Biorąc pod uwagę, jak wiele Ray of Light znaczy dla nas wszystkich, można by było stworzyć coś naprawdę wyjątkowego – nowe wersje, remiksy z kolejnych dekad”, napisał na swoim Facebooku. „Zejść głębiej w to wyjątkowe miejsce”. Madonna, największy popowy troll wszech czasów, znowu w formie.
Ale niezależnie od tego, czy te nagrania są naprawdę nowe, czy tylko odgrzane, „Veronica Electronica” wydaje się próbą zakotwiczenia brzmienia popu 2025 roku – przypomnieniem dla współczesnych słuchaczy o mrocznej, melancholijnej muzyce tanecznej, od której wszystko się zaczęło. To dziś powszechnie przyjmowana prawda: wszystko w muzyce pop brzmi jak Madonna, bo Madonna jest w gruncie rzeczy całym popem – albo przynajmniej wzorcem, według którego rozpoznajemy dziś kobiecą gwiazdę popu. Ale ostatnio to słychać wyraźniej niż zwykle: dwa najlepsze popowe albumy tego roku – „Eusexua” FKA Twigs i „Addison” Addison Rae – łączą klasyczne popowe refreny z chłodną, introspektywną i ambientową melancholią. Dokładnie tak, jak Madonna zrobiła to na „Ray of Light” i „Music”.
Na wydanym w styczniu albumie „Eusexua” – tytułowej grze słownej łączącej „euforię” i „seksualność” – FKA Twigs odchodzi od niepokojących midtempo z wcześniejszych nagrań i wkracza w pełnoprawny eksperymentalny pop. Na albumie unosi się niemal cybernetyczna erotyka – wokal Twigs przybiera metaliczne pomruki, a produkcja bulgocze i zniekształca się pod jej liniami melodycznymi. „Girl Feels Good”, zmysłowy hymn na cześć kobiecej seksualności współprodukowany przez Mariusa de Vriesa (współtwórcę „Ray of Light”), to jeden z wyraźnych punktów kulminacyjnych albumu. Utwór zaczyna się jako oszczędna osobliwość, by przekształcić się w pełne napięcia laboratorium dźwięku – z dramatycznymi smyczkami i glitchowymi syntezatorami. Mógłby pochodzić z czasów Madonny z przełomu tysiącleci – co zresztą Twigs sama przyznała, wykonując ten numer podczas trasy z choreografią zaczerpniętą z teledysku do madonnowego arcydzieła folktroniki z 2000 roku, „Don’t Tell Me”.
Sześć miesięcy po Eusexua ukazał się pełnowymiarowy debiut Addison Rae zatytułowany Addison. Artystka porzuciła power-popowe brzmienie inspirowane Britney Spears, które słychać było na jej wczesnych EP-kach z czasów TikToka, na rzecz bogatego trip-hopu i zmysłowości. Po części to konieczność – Rae nie dysponuje mocnym wokalem, raczej szeptem z czystego złota – ale dzięki temu Addison zyskuje eteryczność, która przenika wszystkie 12 utworów. Producenci albumu przyznali, że Ray of Light było dla nich kluczową inspiracją. Teksty Rae są często abstrakcyjne i niejednoznaczne, przypominające senne majaki albo efekty wrzucenia obcego języka do Google Translate („Powiedz mi, kim jestem – czy prowokuję cię moim niewinnym tonem?”).
Addison to album znacznie mniej refleksyjny niż „Eusexua”, ale oba zanurzone są w delikatnej melancholii. Podobnie jak Ray of Light, są to płyty artystek próbujących wydostać się z emocjonalnego marazmu. W „Times Like These” Rae rozmyśla nad niepewnością młodej dorosłości („Głowa za oknem, moja piosenka w radiu / Głowa za oknem – zobaczmy, jak daleko zajadę”) i sięga po wątki z głębszego bólu („Czy jestem za młoda, by być tak wściekła? / Czy za stara, by zrzucać winę na ojca?”). Po przesłuchaniu albumu można odnieść wrażenie, że Rae testuje grunt pod bardziej autobiograficzne podejście – zostawia wystarczająco dużo tropów, by słuchacz chciał wrócić po więcej w kolejnej odsłonie.
Ból FKA Twigs był znacznie bardziej publiczny. „Eusexua” powstało jako efekt serii osobistych zmagań, które – ze względu na bliskość świata celebrytów – przez lata przyćmiewały samą muzykę Twigs w mediach głównego nurtu. Jej związek z aktorem Robertem Pattinsonem sprawił, że stała się celem ataków rasistowskich trolli, a później pozwała swojego byłego partnera, aktora Shię LaBeoufa, oskarżając go o przemoc seksualną i „nieustające” nadużycia – zarzuty, którym on zaprzeczył. (W tym tygodniu obie strony zawarły ugodę). W wywiadach Twigs opisywała „Eusexua” jako dźwięk odnalezionego uzdrowienia w tańcu i elektronice. „Chciałam stworzyć coś dla swojego ciała – coś, co daje poczucie wolności i przyjemności”, mówiła w zeszłym roku. „Musiałam nauczyć się na nowo, jak używać swojego ciała i jak w nim żyć”.
Choć Madonna znana jest ze swojej twardości – tej aury niemal absolutnej odporności na krytykę i emocjonalne ciosy – „Ray of Light” również zrodziło się z bólu. Sama określiła okres poprzedzający nagranie albumu jako swoje „totalne dno” – czas, w którym musiała mierzyć się z nieustannym ostrzałem za swoją prowokacyjną seksualność, wątpliwościami co do jej rynkowej wartości i znaczenia w coraz bardziej zatłoczonym świecie muzyki pop, a w efekcie także z poważnym kryzysem pewności siebie. „Myślę, że Madonna przez długi czas uważała, że okazywanie smutku i samotności to oznaka słabości albo egoizmu,” powiedział jej przyjaciel, reżyser Alek Keshishian, w rozmowie z „Vanity Fair” w 1998 roku. „Wcześniej mówiła zawsze: ‘Nie żałuję niczego’. A tym razem jest [cytując ‘Drowned World/Substitute for Love’]: ‘…teraz widzę, że zmieniłam zdanie’. Dla mnie to akt ogromnej odwagi.”
Jak na prawdziwą srokę przystało, Madonna zawsze potrafiła wyłapywać dźwięki z obrzeży muzyki pop – inspirując się Björk, Massive Attack, Everything But the Girl czy Tricky’m – i przerabiać je na coś maksymalnie komercyjnego. (Coś musiało być wtedy w powietrzu, skoro mniej więcej w tym samym czasie Janet Jackson i Kylie Minogue wypuściły swoje najodważniejsze brzmieniowo albumy: „The Velvet Rope” z 1997 roku i „Impossible Princess”). „Ray of Light” dotyka tematów żałoby, wiary, depresji i rodzącego się macierzyństwa – Madonna zaledwie rok wcześniej urodziła swoje pierwsze dziecko. Album okazał się olbrzymim sukcesem, sprzedał się w 16 milionach egzemplarzy na całym świecie i przyniósł Madonnie cztery nagrody Grammy. Orbit zyskał status najgorętszego producenta popowego na tamten czas, pracując później z No Doubt, Blur, Melanie C, a najbardziej satysfakcjonująco – z All Saints nad „Pure Shores”, być może najbardziej kojącym kąskiem Y2K-popu, jaki kiedykolwiek powstał.
I oto jesteśmy. Skąd ten powrót właśnie do tego brzmienia Madonny? Może to rodzaj muzycznego resetu – kontrast wobec przegadanych, puszczających oko tekstów Sabriny Carpenter i Chappell Roan, maksymalistycznego popu z lat osiemdziesiątych w stylu Dua Lipy albo fragmentów tegorocznego, przeciętnego powrotu Lady Gagi. A może to odpowiedź na nowo odkrytą po pandemii potrzebę zatłoczonych, spoconych, podziemnych klubów i tańca z nieznajomymi. W końcu teledysk do „Ray of Light” kończy się sceną, w której Madonna traci zmysły, tańcząc sama na przepełnionym parkiecie – jak jedna niespokojna cząstka ludzkości w ogromnym, niepojętym wszechświecie. Czyż nie wszyscy czuliśmy się tak choć raz w ciągu ostatnich kilku lat?
Niezależnie od powodów, „Veronica Electronica” przypomina nam, kto jako pierwszy zanurzył się w tych brzmieniach. A jeśli nie pierwszy, to przynajmniej ten, kto zrobił to najbardziej efektownie. A gdzie tu szkoda?
„Veronica Electronica” ukaże się 25 lipca.