Wyznania Madonny
Billboard
7 listopada 2005
Tłumaczenie: Krystian
Tuż przed premierą swojego nowego albumu Madonna rozmawia z Billboardem o muzyce, inspiracjach i kontrowersjach, które jak zwykle jej towarzyszą.
Madonna należy do jednych z bardziej zapracowanych gwiazd. 15 listopada wytwórnia Warner Bros. wyda jej najnowszy studyjny album, Confessions On A Dance Floor – energetyczny, czerpiący z disco zestaw utworów, który może pomóc jej wrócić w trasę.
Jak przystało na bizneswoman, nawiązała współpracę z Motorolą, aby premierowo zaprezentować singiel „Hung Up” – pierwszy utwór z nowego albumu – w reklamie telefonu komórkowego. Później udostępniła też swoje katalogi muzyczne legalnie w formie cyfrowej w sklepie iTunes firmy Apple. Pracuje także nad dokumentem I’m Going To Tell You A Secret.
A ponieważ Madonna jest sobą, kontrowersje często towarzyszą jej działaniom. Najnowsza z nich dotyczy uznania jednego z utworów z albumu Confessions za bluźnierczy hołd dla kabalisty z XVI wieku, za co powinna spodziewać się „kary z niebios”. Dodatkowo ta aktorka na część etatu i żona reżysera Guya Ritchiego, planuje też sama reżyserować.
Pewnego październikowego popołudnia w apartamencie hotelu Essex House w Nowym Jorku, Madonna rozmawia o tym wszystkim i mówi jeszcze więcej Billboardowi. Gotowi? Start…
Billboard: Wygląda na to, że znalazłaś idealne dopasowanie w Stuartzie Price, który wyprodukował większość albumu. Co wnosi do twojej twórczości?
Madonna: Jest przezabawny i naprawdę wyjątkowy. Ma cięty, angielski humor, zazwyczaj nie okazuje emocji i nie jest zbyt ekspresyjny. Trochę się waha, jest nieco nieśmiały. Ale gdy się go lepiej poznaje, wcale taki nie jest. Ja jestem jego przeciwieństwem, więc świetnie się uzupełniamy.
Czy proces nagrywania był wymianą pomysłów i kompromisów?
Zdecydowanie. Uwielbiam go, bo to prawdziwy pracuś. Potrafi pracować całą noc nad materiałem. Jako że często gra jako DJ, przyzwyczajony jest do pracy do szóstej rano. Dzięki temu ja mogłam zajmować się innymi rzeczami równocześnie. W zeszłym roku napisałyśmy razem sporo piosenek będąc w trasie.
Większość albumu nagraliście w jego domowym studio, prawda?
Tak, sporo nagrywaliśmy u niego w domu. Przychodziłam rano, a Stuart otwierał drzwi w samych skarpetkach – bo całą nocy pracował. Przynosiłam mu kawę i mówiłam: „Stuart, twój dom to jeden wielki bałagan, w szafce nie ma jedzenia”. Wtedy dzwoniłam do kogoś z mojego domu, żeby przyniósł mu jedzenie. A potem pracowaliśmy cały dzień. Jesteśmy naprawdę taką dziwną parą.
Współpracowałaś z wieloma osobami. Ze Stuartem byłaś w trasie, ale czy coś cię zaskoczyło przy pracy w studiu?
Było spokojniej, bo byliśmy razem w trasie. Mieliśmy też wiele okazji podczas prób, spędziliśmy wspólnie wiele godzin w samolotach, pociągach, samochodach… i w hotelach. Stuart jest jak mój brat. Czuję się przy nim bardzo swobodnie. Zazwyczaj w studiu pracuję w trochę bardziej formalnej atmosferze, ale nie z nim.
Podczas niedawnego Billboard Dance Music Summit rozmawiałam ze Stuartem. Wspomniał, że chciałaś, aby nowy album zaczynał się od 120 uderzeń na minutę i stopniowo tylko przyspieszał…
To prawda. Chciałam płyty bez ballad. Chciałam, żeby nie było przerw – jedna piosenka miała płynnie przechodzić w następną, tak jak w klubie.
Czy to było podejście do pracy na zasadzie „DJ Madonna”?
Tak. Ale rzecz w tym, że kiedy tworzę płyty, często bardziej podobają mi się remiksy niż oryginalne wersje utworów. Więc pomyślałam sobie: „Cholera, zacznę od tego punktu widzenia”. Chciałam, żeby te wszystkie piosenki brzmiały dobrze w klubie. Podchodziłam do albumu bardziej jak DJ, a Stuart sam jest DJ-em. To naprawdę wpłynęło na klimat – taneczny aspekt płyty.
Album ma wyraźnie retro klimat. Dla kogoś takiego jak ty, kto wywodzi się z lat 80., mogło być łatwo po prostu nagrać płytę brzmiącą jak z tamtej dekady – tak jak zrobiło to ostatnio wielu artystów. Ale ty tego nie zrobiłaś. Zamiast tego nawiązujesz do przeszłości, jednocześnie przesuwasz dźwięki w przyszłość.
Naszym zamiarem było odać hołd takim artystom jak Giorgio Moroder czy Bee Gees, mrugając do nich okiem. Stuart i ja nie chcieliśmy odtwarzać przeszłości, tylko zrobić coś nowego.
Czy to było w pewnym sensie reakcją na American Life?
Nie nazwałabym tego reakcją, ale byłam w bardzo gniewnym nastroju, kiedy tworzyłam tamtą płytę. Bardzo złościło mnie, co działo się na świecie – Ameryka idąca na wojnę z Irakiem. [Producent] Mirwais też jest bardzo polityczny, intelektualny i poważny. Cały czas rozmawialiśmy tylko o polityce. To nie mogło nie znaleźć odzwierciedlenia w muzyce. Myślę, że w tej płycie jest pewien gniew, który bezpośrednio odzwierciedlał moje uczucia w tamtym czasie.
Ale ponieważ wiele z tego wyraziłam już na tamtej płycie i pracowałam nad moim dokumentem I’m Going To Tell You A Secret, który też jest bardzo polityczny, potrzebowałam odskoczni od całej powagi.
Biegałam dosłownie w tę i z powrotem między pokojem montażowym z [reżyserem dokumentu] Jonasem Åkerlundem a Stuartem, który też miksował muzykę do filmu. Byliśmy razem non-stop.
Musiałam przerobić 350 godzin materiału w dwugodzinny film. Poruszam w nim wiele poważnych spraw. Potrzebowałam odskoczni. Kiedy przychodziłam do Stuarta i wchodziliśmy do jego loftu, mówiłam: „Skarbie, chcę potańczyć”. Chciałam czuć szczęście, swobodę i powygłupiać się. Chciałam tą płytą pocieszyć siebie i innych.
Tak, nowy album był w pewnym sensie reakcją na wszystko inne, co robiłam, i co było bardzo poważne z natury. Mam nadzieję, że to nie brzmi, jakbym chciała zrobić płytę powierzchowną – bo nie chciałam. Chciałam, żeby ludzie się uśmiechali, gdy ją usłyszą. Chciałam też sama się uśmiechać, kiedy będę jej słuchać.
Podoba mi się, że album podąża muzyczną trajektorią setu didżejskiego w ciągu nocy. Zaczyna się lekko, beztrosko, a z czasem staje się coraz intensywniejszy, bardziej osobisty – wręcz jak spowiedź, jeśli można tak powiedzieć.
Dokładnie tak. Na początku tylko daję przedsmak, a potem mówię wprost: „Teraz, gdy już mam twoją uwagę, mam kilka rzeczy do powiedzenia”.
Kontrowersje wydają się zawsze ci towarzyszyć. Tym razem złość rabinów wzbudził utwór „Isaac”. O co tu chodzi?
Doceniasz ten absurd sytuacji, w której grupa rabinów w Izraelu twierdzi, że mam bluźnierczy stosunek w stosunku do kogoś, choć nawet nie słyszeli tej płyty, prawda? A potem wszyscy w mediach powtarzają to jak prawdę objawioną. To trochę dziwne.
Jeszcze dziwniejsze jest to, że utwór nie dotyczy Isaaca Luriera, jak twierdzą rabini. Nosi imię Yitzhaka Sinwaniego, który śpiewa w języku jemeńskim na tym utworze. Nie mogłam wymyślić tytułu, więc nazwałam go Isaac [angielskie tłumaczenie „Yitzhak”]. To naprawdę ciekawe jak działają umysły tych niesfornych rabinów.
O czym dokładnie on śpiewa?
Mówi: „Jeśli drzwi wszystkich hojnych domów będą przed tobą zamknięte, bramy nieba zawsze pozostaną otwarte”. Słowa mają około 1000 lat.
Jak stał się częścią albumu?
To mój stary przyjaciel. Nigdy nie nagrał płyty. Pochodzi z pokoleń pięknych śpiewaków. Stuart i ja zaprosiliśmy go pewnego dnia do studia. Powiedzieliśmy: „Po prostu cię nagramy. Nie wiemy, co z tym zrobimy”. Jest niezrównany. Jedno nagranie, żadnego fałszowania. Nawet nie potrzebował mikrofonu. Wzięliśmy jeden z jego utworów i powiedziałam do Stuarta: „Zróbmy sample z tych fragmentów. Stworzymy refren, a potem napiszę do tego tekst”. Tak powstała kompozycja.
Rozważałam, by zatytułować ten utwór „Fear of Flying”, bo chodzi w nim o porzucenie kontroli, a ludzie bojący się latać naturalnie mają problem z kontrolą. Wszyscy mamy lęki w różnych sferach życia. Niektórzy nie potrafią zaangażować się w związki. Piosenka dotyczy mierzenia się ze wszystkimi tymi obawami. „Czy poświęcisz swój komfort? Czy odnajdziesz się w obcym miejscu?” Innymi słowy: czy wyjdziesz poza swoją strefę komfortu?
Kiedy jesteś w studiu, przy konsolecie, co siedzi ci głowie, jeśli chodzi o efekty specjalne i obróbkę wokalu?
Bawię się ideą postmodernistycznego świata, w którym żyjemy. Świata technologii. Staram się znaleźć w tej technologii coś duchowego i połączyć to ze sobą. Wolę nie korzystać z chórków. Zamiast tego biorę swój własny głos, nakładam go warstwami, zmieniam, dodaję efekty, żeby brzmiał jak wiele różnych tonów i barw.
Singiel promujący album, Hung Up, po raz pierwszy można było usłyszeć w reklamie telewizyjnej telefonu Motorola ROKR z iTunes…
Swoją drogą, wciąż nie dostałam swojego egzemplarza telefonu. No naprawdę – gdzie on jest? Powiedzieli, że dostanę telefon, kiedy zrobię reklamę, a jeszcze go nie mam. Gdzie jest mój ROKR? [śmiech]
Tak czy inaczej, piosenka pojawiła się w reklamie telewizyjnej. Nawiązałaś też współpracę z innymi markami, by promować nowy album. Jak ważny jest dziś marketing oparty na markach dla artysty?
Jestem bizneswoman. Branża muzyczna się zmieniła. Konkurencja jest ogromna, a rynek zalany nowymi wydawnictwami i produktami. Trzeba łączyć siły z innymi markami i firmami. Jeśli tego nie robisz – jesteś idiotą.
Czy jest coś prawdy w plotkach o różowym iPodzie Nano sygnowanym twoim imieniem?
Chciałabym, żeby to była prawda. To byłoby świetne. Podoba mi się ten pomysł.
Masz teraz świeży związek z Apple. Po raz pierwszy dałaś zgodę, by twoje piosenki były sprzedawane w sklepie iTunes. Dlaczego właśnie teraz?
Chodziło o tantiemy – o to, ile oni zarabiają, a ile my. Wcześniej umowa była po prostu kiepska. Można śmiało powiedzieć, że teraz jest lepiej.
Wczoraj towarzyszyły ci kamery MTV w ramach serii mtvU Stand In. Zaskoczyłaś studentów filmu i mediów w Hunter College, pojawiając się jako „zastępstwo profesora”. Jakie to było doświadczenie?
To było niesamowite. Chciałabym robić to częściej. Naprawdę mi się podobało. Studenci nie wiedzieli, że się pojawię – myśleli, że przyjdzie tylko Jonas. Byli w szoku, gdy mnie zobaczyli.
Stanęłam przy mównicy i rozmawiałam z nimi przez chwilę. Potem odpowiadałam na pytania. Mieli mnóstwo świetnych pytań – zwłaszcza technicznych.
To utwierdziło mnie w przekonaniu, że jest wielu młodych ludzi, którzy chcą wiedzieć więcej, którzy chcą się inspirować, a nie zadowalać się byciem „kanapowcami” myślącymi jak roboty. To było naprawdę budujące – słuchać ich opinii, ich troski o to, co dzieje się na świecie. Naprawdę chcieli wiedzieć, co mogą zrobić, by coś zmienić.
Jakie są szanse na trasę Confessions – i jak mogłaby wyglądać?
Rozważam taką możliwość. Jeśli ruszę w trasę, to latem przyszłego roku. To byłaby totalna dyskoteka – z mnóstwem lustrzanych kul. Skupiłabym się na muzyce tanecznej i nowym albumie. Starsze utwory grałam już podczas trasy Re-Invention.
Czy rozważałabyś ponowne założenie własnej wytwórni?
Nie. Za dużo z tym roboty. Nie chcę być żadnym CEO.
A co z filmami? Masz jakieś role na horyzoncie?
Chcę wyreżyserować film. Obecnie przeglądam różne projekty, sprawdzam możliwości. Praca nad I’m Going To Tell You A Secret była dla mnie wspaniałym doświadczeniem. Byłam w nią zaangażowana znacznie bardziej niż w jakikolwiek inny film, nad którym pracowałam. Od każdego etapu – preprodukcji, przez zdjęcia, wybór taśmy filmowej i kamer, aż po montaż i postprodukcję – wszystko to uwielbiałam.
Pracowałam nad tym z Jonasem, więc jego wkład był bardzo ważny. Równie istotne były opinie moich inwestorów. Każdy miał coś do powiedzenia. Czasami burzliwie się nie zgadzaliśmy. Bywało, że po tupaniu nogami i mówieniu: „Absolutnie nie, tego nie zmienię, to najgorszy pomysł, jaki w życiu słyszałam”, po dwóch tygodniach dochodziłam do wniosku: „Wiesz co, to wcale nie jest taki zły pomysł.”
Stworzenie filmu jest o wiele trudniejsze niż nagranie płyty. W procesie bierze udział znacznie więcej osób, dochodzi też cała warstwa wizualna – grading, koloryzacja, offline i online, efekty specjalne. Oy vey [w języku jidysz to wyrażenie będące formą zawołania w sytuacji znudzenia, sfrustrowania, coś na zasadzie „o rany”, albo „Boże Święty!” – przyp. tłum.]
Powiedziałaś kiedyś, że masz dość kręcenia teledysków. Nadal tak jest?
Tak, nadal. Teraz wolałabym sama je reżyserować. Ale trudno jest jednocześnie występować i reżyserować. W końcu są jeszcze włosy, makijaż… To nie tak, że budzę się rano i od razu wyglądam tak jak na planie!
Jakiej muzyki słuchasz w ostatnim czasie?
Uwielbiam nową płytę Goldfrapp. To obecnie mój ulubiony album. Poza tym słucham sporo ścieżek dźwiękowych z filmów. Słyszałeś soundtrack do 2046 [reżyseria Wong Kar-Wai, wydany przez Virgin France]? Puszczam go cały czas.