Sztuczna inteligencja w 2026 roku już nie puka do drzwi — ona rozsiadła się na naszej kanapie, podłączyła do Wi-Fi i zapytała, czy zrobić nam prezentację, plan treningowy i horoskop na podstawie historii wyszukiwania. AI pisze maile, tworzy grafiki, podpowiada, w kim się zakochamy (i dlaczego to zły pomysł), a niektórzy zachłysnęli się jej możliwościami do tego stopnia, że bez AI nie potrafią już napisać SMS-a, ugotować makaronu ani wymyślić podpisu pod zdjęciem kota. „Poczekaj, zapytam AI” stało się nowym „wygooglam to”. Inni z kolei patrzą na nią jak na zwiastun apokalipsy. Boją się, że przejmie pracę, konto bankowe i kontrolę nad playlistą na Spotify. Dla nich AI to coś, co tylko czeka, by stworzyć nam w realu piątą część „Matrixa”.
Prawda, jak zwykle, leży gdzieś pomiędzy. AI w 2026 roku jest jak maszyna parowa w XIX wieku — niepozorna na pierwszy rzut oka, a jednak zwiastująca rewolucję, która zmieni wszystko. Nie ulega wątpliwości, że stoimy u progu czegoś dużego. Problem w tym, że historia uczy, iż każda rewolucja może pożreć własne dzieci. Dlatego tylko mądre używanie AI daje szansę, że zamiast chaosu będziemy mieli rozwój, a zamiast cyfrowego dymu — realne korzyści.
I tu płynnie wchodzimy my, cali na biało (albo w różu z „Confessions”). W ostatnim czasie w świecie fanów Madonna zaroiło się od „newsów”, które ludzie łykają jak pelikany świeże ryby. Tajemnicze „przecieki” o nowej trasie, albumie, współpracach z artystami… Większość z nich to albo wyssane z palca kłamstwa, albo wytwory AI, które brzmią tak przekonująco, że nawet najbardziej doświadczeni fani zaczynają się zastanawiać, czy czegoś nie przegapili.
No właśnie — jak w tym wszystkim być fanem Madonny i nie zwariować? Zacznijmy od początku.
Miłe złego początki
Przez wiele miesięcy Madonna karmiła nas okruchami. A to zdjęcie ze studia, a to krótkie wideo zza konsolety, a to wymowne ujęcie z tajemniczym podpisem. Wiedzieliśmy, że zaszyła się ze Stuartem Price’em — co samo w sobie rozpalało wyobraźnię do czerwoności. Jeśli ktoś pamięta ich poprzednie wspólne dokonania, to wie, że takie treści działały jak woda na młyn dla uwagi fanów i mediów. Na zdjęciach przewijały się winyle z klasycznym house’em z lat 80. i 90., kultowe tytuły, klimaty, które pachniały parkietem, potem i stroboskopem. Wyglądało to tak, jakby podrzucali nam źródła inspiracji: „patrzcie, tu grzebiemy”. We wrześniu 2025 padła jasna deklaracja — płyta w przyszłym roku. Fani odpalili mentalne odliczanie.
A potem… cisza. Jest luty 2026. Na profilach Madonny panuje niepodobny do niej spokój. Od czasu do czasu pojawi się zdjęcie z wyjścia do muzeum, elegancka, pozowana sesja w domowych wnętrzach, krótkie wideo, które niespodziewanie winduje w viral stare dobre „Thief of Hearts”. I oczywiście kampania Dolce & Gabbana z projektem „La Bambola” — wyraźnie zapowiadanym jako coś pobocznego, niezwiązanego z nową płytą. Tyle że o samej płycie — zero.
W próżni informacyjnej zawsze rodzą się domysły. Na forach pojawili się domniemani insiderzy. „Już dziś ogłoszenie!”, „Nagrała wideo dla Good Morning America!”, „Teledysk jest gotowy!”. Minęły tygodnie. I co? Nic. Nawet symbolicznego „coming soon”.
Frustracja zaczęła rosnąć. Bo przecież „płyta miała się ukazać w [wstaw dowolny miesiąc]”. Problem w tym, że wszystkie te daty pochodziły z miejsc o wiarygodności porównywalnej z łańcuszkiem na Facebooku o tym, że „Madonna wraca do wizerunku brunetki, więc album jest mroczny”.
W rozgrzanej do czerwoności społeczności każda iskra staje się pożarem. A to wręcz zaproszenie dla sztucznej inteligencji do tworzenia kolejnych „ekscytujących” newsów. To, że AI wygeneruje realistyczną okładkę, wymyśli tracklistę z gościnnym udziałem kogoś, kto nawet nie wie, że „współpracował” – na to niby się nie złapiemy. Ale na powtarzane bezmyślnie plotki na temat liczby utworów, a nawet cytowane „wypowiedzi” Stuarta Price’a, już tak. Tyle że z prawdą ma to tyle wspólnego, co „Hung Up” z „Something to Remember” — niby ta sama artystka, ale zupełnie inna bajka.
I tak „miłe złego początki” zamieniają się w spiralę oczekiwań, rozczarowań i kolejnych plotek. A im bardziej chcemy wierzyć, tym łatwiej łykamy wszystko, co brzmi wystarczająco profesjonalnie. Nawet jeśli zostało napisane przez algorytm, który w życiu nie tańczył do house’u z lat 90.
Nowy level fake newsa
Na Facebooku zaroiło się od fanpage’y stricte kierowanych do fanowskich społeczności i to nie tylko Madonny. Identycznie rzecz ma się w kontekście każdej innej gwiazdy czy zespołu o globalnym zasięgu. I tak algorytmy zapowiadają „pożegnalną trasę Cher w przyszłym roku”, „dokument Netflixa o Lady Gadze”, „nowy singiel Harry’ego Stylesa w Diabeł ubiera się u Prady 2″. Co je łączy? Sposób wykonania: AI i cel: nastawienie na kliknięcia.
Żyjemy w rzeczywistości, w której większość treści dostępnych w Internecie jest obecnie kreowana przez sztuczną inteligencję. Niestety, takie czasy. Tego pędzącego autobusu już nie zatrzymamy. Ale możemy się nauczyć rozkładu jazdy.
W ostatnich tygodniach fanpage’em niemal tworzącym nowy wymiar fake newsa dla fanów Madonny jest facebookowa strona Material Girl, Eternal Muse (linkuję tylko dlatego, żebyście wiedzieli, którą stronę możecie już przestać obserwować). Miedzy innymi to stąd pochodzi informacja o 12 utworach i braku duetów na nowej płycie Madonny, a także rzekomy wywiad ze Stuartem, który mówił, że zamiarem nadchodzącej płyty nie było powtórzenie „Hung Up”, ale jego dekonstrukcja. To ta strona co rusz wrzuca wypowiedzi innych gwiazd na temat Madonny – ostatnio Kylie Minogue i Cyndi Lauper – a nawet kierowcy Ubera, który ostatnio podwoził Madonnę w Londynie. Tylko że żadna z tych treści nie jest prawdą.
Drogowskazy świata AI
Na przykładzie tej strony prześledźmy więc poruszanie się po świecie fake newsów. Może poruszę rzeczy oczywiste, ale chcę upewnić się, że stan wiedzy o AI i rozpoznawaniu fake newsów będzie taki sam u całej społeczności skupionej wokół naszej strony.
Po pierwsze – same informacje o stronie, bez przeglądania treści. Co powinno wzbudzić Waszą czujność?

Nazwa: nie musi zawierać słowa „Madonna”, bo łatwiej wtedy w dowolnym momencie przełączyć się na publikację treści o innych artystach. Ale póki strona skupia się na niej, nazwa musi się kojarzyć jednoznacznie, stąd „Material Girl” w nazwie.
Szybki research wystarczy, żeby znaleźć ciekawe informacje. Strona została utworzona w marcu 2024 roku jako Sia’s Biggest Fans. Pod taką nazwą istniała do października 2024 roku. Następnie na chwilę zmieniła się na Divas of Beats, by publikować praktycznie tylko o Madonnie, a ostatnio zyskała nową nazwę, stricte związaną z Madonną. No i tu wystarczy zadać proste pytanie: czy wiarygodny fanpage cierpiałby na taki kryzys tożsamości?

Zbyt wiele informacji: miejsce z dokładnością do miasta i podany jawnie numer telefonu. Po pierwsze, nikt raczej nie podaje informacji o mieście, prowadząc fanpage, bo to nie jest istotne. Po drugie, kto prowadzący fanpage chciałby podawać jawnie numer telefonu…? Ja swojego na pewno nie. I myślę, że wszyscy inni prowadzący podobne strony również nie. „Czynne całą dobę”? Ale co? Przecież to nie miejsce, tylko internetowa przestrzeń.
Nieścisłości w informacjach: strona z Australii z numerem kierunkowym w Stanach Zjednoczonych? Nawet zakładając, że komuś nie przeszkadza ten oversharing na fanpage’u, trochę to dziwne, że strona ma kierunkowy +1, zamiast +61 właściwego dla Australii.
Liczba obserwujących: 14 tysięcy. Sporo realnych, złowionych w ostatnich tygodniach. W wiarygodność strony ze stoma czy tysiącem obserwujących trudno wierzyć, ale w przypadku 5-10 tysięcy…? Ale tego typu strony rzadko startują od zera, bo nie budują swoich zasięgów ciężką pracą. Są inwestycją, więc najczęściej kupują polubienia od martwych, fejkowych kont. Zgadnijcie, jak jest w tym przypadku? 😉
Skupmy się teraz na treściach.
Charakter: grafika z nagłówkiem ma przyciągnąć uwagę, wyglądać w miarę profesjonalnie, według jednego layoutu. Zawsze ten sam schemat – zdjęcie i nagłówek. Często z cytatem. Ma pobudzać ciekawość, krzycząc do nas „kliknij, żeby zobaczyć więcej”.
Granie na emocjach: współczuciu, dumie, radości, gniewie, oburzeniu, szoku… Nieistotne, byle kliknąć.
Powoływanie się na inne osoby: Ma przyciągać nie tylko fanów Madonny, ale też tych lubiących podobną muzykę i podobne wokalistki. Stąd Miley Cyrus, Kylie Minogue i Cyndi Lauper. Zasięgi same rosną.
Pomijając wszystko, lampka powinna nam się zapalić też po przeczytaniu. Kiedy treść skonstruowana jest wokół czyjejś wypowiedzi, nigdy nie pada źródło. A jeśli tak, to czy serio wszystkie gwiazdy wypowiadałyby się o Madonnie tylko dla jednego medium? No i czy Stuart Price udzielałby wywiadu tabloidowi, zapewne mając podpisaną umowę o poufności? Przecież wszystko, czego dowiemy się o płycie i kulisach jej powstania, musi zostać wcześniej sprawdzone pod kątem ewentualnych naruszeń owej umowy…
Treść posta towarzyszącego grafice jest za każdym razem sporządzona według jednego wzoru: najpierw cytat, potem kilka zdań treści (za każdym razem objętościowo podobnie), potem link. To najbardziej zdradza twórczość AI – prompt został ustawiony tak, by generować treści według jednego wzoru. Każdy, absolutnie każdy post zawiera tu link:
Z perspektywy człowieka piszącego posty „z palca” wiem, że to jest wprost nierealne, żeby zawsze trzymać się jednego wzoru i pisać objętościowo takie same posty za każdym razem, w dodatku tak, by zdradzić jakąś część, jednocześnie nie zdradzając sedna i zapraszając po więcej informacji pod linkiem.
A skoro już o linkach mowa, zwróćcie uwagę jak one wyglądają. Wytłumaczę wam to na przykładzie pierwszym z brzegu:

Zielony: część zaznaczona zielonym kolorem wygląda dość wiarygodnie. Ma się kojarzyć na pierwszy rzut oka z czymś, co jest znane – czyli z serwisem E! News.

Tylko że po wejściu na stronę E! News, zobaczymy całkiem inny adres: https://www.eonline.com/.
Pomijając, że jest totalnie inny i nawet nie zawiera słowa „news”, zwraca też uwagę prostotą i przejrzystością. Żadne medium, chcące uchodzić za opiniotwórcze – nawet jeśli mowa o tabloidzie jakim jest E! News – nie ma skomplikowanych, dziwnych adresów. Strona ma być łatwa do zapamiętania i wpisania w przeglądarkę. Przykłady? Proszę bardzo:
- https://www.bbc.com/
- https://www.cbs.com/
- https://abc.com/
- https://ew.com/
- https://www.vanityfair.com/
- https://people.com/
- https://www.tvp.pl/
- https://www.polsatnews.pl/
Widać różnicę?
Czerwony: ta część linku wręcz krzyczy, że mamy do czynienia z podręcznikowym phishingiem. Adres z jednej strony ma wyglądać wiarygodnie, budząc skojarzenia ze znanym medium (zielona część) ale zawiera część, która jest skomplikowana i po prostu wygląda nieprofesjonalnie (czerwona część). Jest ona jednak konieczna, bo po wpisaniu www.enews.com zostaniemy przeniesieni na stronę amerykańskiej sieci księgarni Barnes & Nobles.
Żółty: to nieco problematyczna część. Niektóre media w podstronach i wpisach mają tego typu kombinacje cyfr, liter i znaków, dlatego nie jest to stuprocentowy wyznacznik. Często jednak nie będą to przypadkowe kombinacje, a np. tytuł artykułu albo data publikacji. Przykłady:
- https://www.eonline.com/news/1428720/prince-andrew-arrested-king-charles-breaks-silence
- https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2026-02-20/zmarl-eric-dane-aktor-znany-z-chirurgow-mial-53-lata/
- https://royalmadonna.com/2026/02/13/madonna-w-elitarnym-rankingu-forbesa/
Oczywiście nie zawsze wszystkie czerwone flagi zapalą się jednocześnie jak choinka w grudniu. Czasem coś „nie gra” tylko delikatnie: jeden dziwnie sformatowany link, jeden news napisany podejrzanie idealnym językiem, jedna notka „od redakcji”, która brzmi jak wygenerowana z tego samego szablonu co poprzednie dziesięć. I właśnie wtedy warto zrobić coś, czego w internecie prawie nikt nie robi — zajrzeć głębiej. Sprawdzić inne „newsy” na stronie. Zobaczyć, czy wszystkie mają identyczny rytm, tę samą konstrukcję zdań, ten sam dramatyczny ton podkręcony do maksimum.
I zadać sobie proste pytanie: czy żywy człowiek zawsze byłby w stanie tworzyć coś takiego, zachowując tak żelazną, wręcz laboratoryjną konsekwencję? Jeśli odpowiedź brzmi „nie”, to bardzo możliwe, że nie bez powodu. Intuicja fana bywa lepsza niż najbardziej emocjonalny nagłówek. A zaufanie sobie w takich momentach to nie paranoja — to higiena cyfrowa. Inaczej bardzo łatwo można się naciąć i uwierzyć w fake newsy tylko dlatego, że były wystarczająco dobrze napisane.
Jak nie wiadomo, o co chodzi…
Odpowiedź jest boleśnie prosta: dla kliknięć, obserwacji i polubień. Taka strona ma być magnesem. Ma złowić jak najwięcej fanów, nakręcić ruch, zbudować zasięgi. Im więcej emocji, tym lepiej. Im więcej „pilne!”, „szok!”, „już za chwilę!”, tym szybciej rośnie licznik wejść. A kiedy urośnie wystarczająco — profil można sprzedać jako gotowy produkt: stronę z dużą społecznością, zasięgiem i ruchem. Biznes się zgadza. Hajs na koncie też.
Tyle że potem ta strona wcale nie musi już pisać o Madonnie. Może nagle zacząć publikować treści o czymś zupełnie innym. I wcale nie musi to być coś neutralnego. Bo czy naprawdę chcielibyśmy mieć w obserwowanych stronę, która zaczyna krzyczeć: „kobiety do garów”, „homoseksualizm to choroba psychiczna” albo „ziemia jest płaska”? Historia internetu pokazuje, że to wcale nie jest scenariusz z gatunku science fiction.
„Wersja light” to wszystkie strony łowiące reakcje ludzi i rozszerzające zasięgi durnymi zdjęciami wygenerowanymi przez AI w stylu „mam dziś 100. urodziny, ale nikt mi nie złożył życzeń”, albo „wyrzeźbiłam posąg amora w kapuście, ale nikt mi nie pogratulował, bo jestem ze wsi”. Brzmi absurdalnie? Pewnie! Ale przecież były tłumy ludzi słabiej orientujących się w przestrzeni internetowej, gratulujących i składających życzenia, a więc generujących ruch i podnoszących zasięgi stronie. A przecież tylko chcieli być mili.

Przypadek bardziej hardcorowy? W latach 2020–2021 mieliśmy wysyp stron straszących „plandemią” i depopulacją rzekomo sterowaną przez szczepionki przeciw COVID-19. Te same profile, które zbierały zasięgi na strachu, po wybuchu wojny w Ukrainie w 2022 roku płynnie zmieniły narrację. Nagle zaczęły przekonywać, że Ukraina sama jest sobie winna, a Władimir Putin to w gruncie rzeczy niezrozumiany wujek z Kremla, robiący przysługę ludzkości. Temat się zmienił, emocje zostały. Mechanizm ten sam: przyciągnąć, utrzymać, przekierować.
Dlatego warto pamiętać, że jeśli coś w internecie wygląda jak fanowska inicjatywa, brzmi jak fanowska inicjatywa i krzyczy jak fanowska inicjatywa — to jeszcze nie znaczy, że nią jest. Czasem to po prostu dobrze zaprojektowana sieć. A my jesteśmy rybami, które bardzo chcą uwierzyć, że właśnie złapały złotą informację. Ale zamiast smacznego kąska, czeka na nas najwyżej rybacka sieć.
Co dalej?
Zdajemy sobie sprawę z tego, że z każdym kolejnym „przeciekiem” oczekiwania rosną. Zwłaszcza te dotyczące rychłego terminu premiery nowej płyty. Do tej pory nie raz podchwytywaliśmy temat — choć najczęściej „wieści” pochodziły jeszcze z forów, a nie z generatorów treści. Czas jednak powiedzieć to wprost: w dobrej wierze napędzaliśmy maszynkę oczekiwań i niecierpliwości, ale to podejście przynosi skutek odwrotny. Zamiast zaciekawienia i oczekiwania rośnie jedynie frustracja.
A co w rzeczywistości wiemy na pewno o nowym albumie Madonny? Tylko tyle, że ma ukazać się w 2026 roku. Nic więcej. Nie znamy tytułu. Nie znamy liczby utworów. Nawet domniemana produkcja wyłącznie przez Stuarta Price’a to tylko założenie wysnute z tego, co artystka sama pokazała i powiedziała. Może się okazać, że pierwsze oficjalne zapowiedzi pojawią się za kilka dni. Ale nikt nie obiecywał, że nie będzie to równie dobrze listopad — w końcu to też 2026 rok.
Nasze apele, by na nic się nie nastawiać, niczego nie oczekiwać i niczego nie zakładać, bo opieramy się na niepewnych plotkach, najwyraźniej nie wystarczyły. Dlatego mówimy jasno: od teraz będziemy jeszcze dokładniej weryfikować źródła. Jeśli pojawią się jakiekolwiek wątpliwości co do prawdomówności informacji — poczekamy z publikacją. Nawet jeśli będzie to oznaczało, że „inni” będą szybsi.
I do tego samego zachęcamy Was. W świecie, w którym AI potrafi w kilka sekund wygenerować newsa, okładkę, cytat i „wypowiedź anonimowego insidera”, krytyczne myślenie staje się supermocą. Sprawdzajcie źródła. Patrzcie, kto stoi za stroną. Zastanówcie się dwa razy, zanim podacie coś dalej. Bo bycie fanem to nie tylko ekscytacja i odliczanie do premiery — to też odpowiedzialność za to, jakie treści wzmacniamy. To efekt domina – mały, z pozoru nieistotny klocek w dłuższej perspektywie może zburzyć cały blok.
Jeśli mamy nie zwariować w świecie AI, musimy nauczyć się jednego: emocje na bok, fakty na stół. Reszta przyjdzie w swoim czasie. A kiedy nowa płyta w końcu się ukaże — nieważne czy w marcu, czy w listopadzie — będziemy cieszyć się nią podwójnie. Nie dlatego, że uwierzyliśmy w każdy przeciek. Tylko dlatego, że potrafiliśmy poczekać.
Krystian














