Recenzja „Confessions II”

Pitchfork

3 lipca 2026
Shaad D’Souza
Tłumaczenie: Sebastian

Madonna wróciła do swojej szczytowej formy, nagrywając świeży i szczery album taneczny, który jest nie tylko jej najlepszą płytą od 20 lat, ale także autentycznie ważnym i wartościowym uzupełnieniem jej muzycznego dorobku.

Ocena: 8.1

Ocena czytelników: 8.2


Co by oznaczało, gdyby Madonna wydała swój najlepszy album od 20 lat? Poprzeczka leży na samym dnie piekła.

Jak sama to przedstawia, trylogia albumów uznawanych za artystyczne dno jej kariery – „MDNA” (2012), „Rebel Heart” (2015) i „Madame X” (2019) – była efektem katastrofalnej umowy typu 360 zawartej z Live Nation i Interscope. Kontrakt ten odciął ją od Warnera, wytwórni, z którą była związana przez blisko 30 lat, i znacząco ograniczył jej twórczą swobodę. W 2018 roku straciła cierpliwość. Komentując rocznicowy wpis poświęcony albumowi „Ray of Light”, opublikowany przez jej menedżera Guya Oseary’ego, dała wyraz swojemu rozczarowaniu stanem własnej kariery: „Pamiętacie czasy, kiedy nagrywałam albumy z innymi artystami od początku do końca i pozwalano mi być wizjonerką, zamiast wysyłać mnie do obozów songwritingowych, gdzie nikt nie potrafi usiedzieć w miejscu dłużej niż 15 minut?”.

Ostatnie 15 lat należało do najbardziej burzliwych w całej karierze Madonny. Tabloidy, które kiedyś nazywały ją „babcią”, gdy miała zaledwie 35 lat, teraz wyśmiewały ją za pogoń za młodością – tą samą młodością, której utratę wcześniej jej wypominały. Niektóre z najlepszych utworów Madonny powstawały wtedy, gdy była przyparta do muru. Wystarczy przypomnieć „Human Nature”, odpowiedź na oburzenie wywołane książką „Sex”, z jednym z jej najbardziej charakterystycznych przesłań: „express yourself, don’t repress yourself” („wyrażaj siebie, nie tłum siebie”). Jednak bez prawdziwie inspirującego twórczego ujścia pozostało jej publikowanie niezgrabnych, ciężkich i pozbawionych finezji utworów o tytułach takich jak „Gang Bang” czy „Killers Who Are Partying”. Owszem, zdarzały się przebłyski geniuszu, ale przez większą część ostatniej dekady twórczość Madonny utrudniała obronę tezy, że nie nagrywa muzyki równie banalnej i pozbawionej zaangażowania, jak twierdzili jej krytycy. Lista autorów przy „Confessions II” – piętnastym albumie Madonny i kontynuacji jej niezwykle wpływowej, powracającej do korzeni płyty „Confessions on a Dance Floor” z 2005 roku – stanowi mocny kontrargument wobec takich zarzutów. Dziewięć z szesnastu utworów zostało napisanych wyłącznie przez Madonnę i Stuarta Price’a, architekta oryginalnego „Confessions”. Kolejne cztery podpisano jedynie nazwiskami Madonny, Price’a i zaproszonego gościa. I nie chodzi tylko o to, że jest to najlepszy album Madonny od 20 lat – co, jak już wspomniano, pozostaje dość nisko zawieszoną, a przy tym nieco protekcjonalną poprzeczką. To autentycznie ważne uzupełnienie jej dorobku, przywołujące surowe, pamiętnikarskie światy marzeń znane z bezkonkurencyjnej serii albumów, które wydała pod koniec lat 90. i na początku XXI wieku.

Jeśli „CONFESSIONS II” ma współczesny odpowiednik, jest nim Róisín Machine – błyskotliwy album Róisín Murphy z okresu sprzed oskarżeń o transfobię, na którym opowiedziała fragmentaryczną, fantastyczną wersję historii swojego życia na tle szorstkiej, utrzymanej w retro stylistyce muzyki klubowej. Na „CONFESSIONS II” Madonna i Stuart Price operują szeroką paletą środków, ale często koncentrują się na brzmieniach, których Madonna wcześniej nie poruszała: drżącym, niemal orgazmicznym acid housie w „I Feel So Free”, wykorzystującym sample z „French Kiss”, zadziornym french touch w „Danceterii”, czy pełnym tęsknoty i emocji 2-stepie w „Fragile”. Część początkowego sukcesu Madonny – a także powód, dla którego początkowo miała trudności ze zdobyciem kontraktu płytowego – wynikała z faktu, że mimo braku formalnego wykształcenia muzycznego była muzycznym poliglotą, równie zafascynowanym muzyką graną w klubach, jak freestylem i electro płynącymi z boomboksów na ulicach. Ta różnorodna i eklektyczna wizja klasycznej muzyki klubowej, którą Madonna i Price prezentują na „CONFESSIONS II”, sprawia wrażenie hołdu dla tamtej wczesnej muzycznej edukacji.

Price otwarcie mówił o tym, jak wiele znaczy dla niego współpraca z Madonną – to ona wyciągnęła go z anonimowości na początku lat 2000, angażując go do pracy przy trasie „Drowned World”, a później przy „Confessions”, co otworzyło mu drogę do sukcesów z Kylie, The Killers i Duą Lipą. Jego sympatia do Madonny jest wyraźnie słyszalna na tym albumie w niezwykłej dbałości o detale: ułamkowej długości wstawce rocksteady w „Danceteria”, nawiązaniach do „Erotiki” (w „My Sins Are My Savior”), „Bedtime Stories” (w „Betrayal”) i „Ray of Light” (w progresji akordów w „L.E.S. Girl”), a nawet w tym, że może to być pierwszy od lat album Madonny, na którym nie śpiewa przez wokalne efekty i filtry. Nie trzeba jednak być Stuartem Price’em, by przygotować zestaw house’owych i disco beatów, oddać je Madonnie do nagrania wokali i mieć pewność, że powstanie jej najlepszy album od wielu lat. (Dlaczego EDM-owa katastrofa „MDNA” nie zadziałała? Ponieważ klubowa muzyka Madonny zawsze była społeczna, zmysłowa i emocjonalna, a kliniczna, agresywna estetyka EDM – choć ma swoje miejsce – stanowi jej całkowite przeciwieństwo). Jednak to autobiograficzna nić przewijająca się przez „CONFESSIONS II” sprawia, że jest to dzieło lepsze, bardziej nieokiełznane i dające większą satysfakcję. Madonna opisuje ten album jako rozwinięcie pomysłów z odłożonego na półkę filmu biograficznego, który pisała dla Universal. Dzięki temu powstał utwór „Danceteria” – niezwykle udane połączenie sprężystego disco, surowego electroclashu i zmysłowego french touch, w którym Madonna wspomina swoje wczesne lata, gdy wręczała dema didżejom w klubach Roxy, Paradise Garage i tytułowej Danceterii. Przewijają się w nim legendarne postacie związane zarówno z historią Madonny, jak i nowojorskiej sceny downtown: Mark Kamins, didżej promujący jej pierwsze nagrania, Debi Mazar, pracująca niegdyś przy klubowej windzie, później aktorka, Maripol, autorka stylizacji na okładkę „Like a Virgin” oraz Basquiat. Madonna wspomina także grupę B-52’s i portorykańskich chłopaków, którzy „doprowadzają ją do szaleństwa”, a przez chwilę cytuje Lou Reeda. Cały utwór jest podekscytowany i gorączkowy – dokładnie taki, jak pierwsza wizyta w klubie – i stanowi dla Madonny autentycznie nowe terytorium, ponieważ aż do retrospektywnej trasy „Celebration” z 2023 roku konsekwentnie odrzucała nostalgię pojawiającą się w jej twórczości.

Przeciwieństwem tamtego utworu jest „L.E.S. Girl” – przejmujący utwór zamykający album. To oniryczna kołysanka, której stonowane połączenie automatu perkusyjnego i delikatnej gitary przywodzi na myśl – jakkolwiek niewiarygodnie by to nie brzmiało – wczesne nagrania Beach House. „L.E.S. Girl” przesycone jest czułością, rzadko obecną w muzyce Madonny. Śpiewa o rzeczach, które działy się poza klubami: o walce o opłacenie czynszu i noszeniu znoszonych ubrań. Tekst „L.E.S. Girl” sprawia wrażenie płynącego z miejsca głębszego i bardziej surowego niż stanowcze muzyczne manifesty, które Madonna zwykle pisze: „Grał na gitarze przy St. Marks Place / Miał twarz Marlona Brando / Paznokcie pomalowane na ten sam kolor co buty / Rozjaśnione włosy, ciemne odrosty”. W sposobie, w jaki Madonna kończy ten utwór, powtarzając słowa „everything fades away” („wszystko przemija”), słychać determinację, która zdaje się odnosić do wielu przyjaciół, członków rodziny, współpracowników i kochanków, którzy odeszli zbyt wcześnie. „Mimo to „L.E.S. Girl” wciąż brzmi jak utwór naznaczony bólem i emocjonalnie obnażony w sposób, w jaki – nie jestem pewien – Madonna nigdy wcześniej nie brzmiała na żadnym swoim albumie”.

„L.E.S. Girl” oraz cztery poprzedzające go utwory nadają nowy kontekst pierwszym dwóm trzecim albumu. Takie piosenki jak „Love Sensation” czy „Love Without Words” koncentrują się na miłości i jej uzdrawiającej mocy w sposób, który na pierwszy rzut oka wydaje się czymś bardzo nietypowym dla Madonny. Często odrzucała ona bowiem wizję gwiazdy pop jako postaci niosącej ukojenie i jednoczącej ludzi, preferując raczej widowiska takie jak oryginalna trasa „Confessions”, która zdawała się przedstawiać świat jako miejsce z natury niebezpieczne i chaotyczne. Jednak pięć ostatnich utworów albumu skupia się na śmierci i dziedziczonej traumie, przez co cała ta pełna determinacji mowa o miłości i nadziei staje się zrozumiała. „Fragile”, jeden z najbardziej poruszających utworów na płycie, wydaje się opowiadać o skomplikowanej relacji Madonny z jej bratem Christopherem, który zmarł podczas prac nad albumem. Z kolei utrzymane w znakomitym triphopowym klimacie „Betrayal”, poświęcone zmarłej macosze artystki, skrywa niepohamowany gniew pod warstwą chłodnej obojętności: „Zdradziłaś mnie / Zniewoliłaś mnie / Jesteśmy razem aż do końca”. Punktem kulminacyjnym albumu może być „The Test”, nagrane z udziałem córki Madonny, Loli Leon. W utworze Madonna zwraca się do niej słowami „Little Star” („Mała Gwiazdo”) – tym samym określeniem, którego używała wobec niej na albumie „Ray of Light”. To przejmujący i łamiący serce moment: „Mała Gwiazdo, próbowałam postawić cię na piedestale / Nie prosiłaś o wszystkie te migające światła / Nie pomyślałam, jak bardzo mogło cię to przytłoczyć / Ani jak bardzo mogło cię to zranić”.

Price powiedział, że ciągły miks zastosowany na „CONFESSIONS II” był nie tylko hołdem dla oryginalnego albumu, ale również świadomym zamysłem Madonny. Chciała stworzyć album, z którego utworów nie dałoby się łatwo wybierać pojedynczo i wrzucać do playlist w stylu „Friday Night Vibes”. Jednak ten buntowniczy duch jest obecny na całym albumie.

Sięgając po intuicyjne podejście w stylu „wiem najlepiej”, które napędzało jej najwybitniejsze dzieła, Madonna stworzyła nie tylko przyzwoity album, ale album znakomity – pełen popowego wyczucia i tej złożonej emocjonalnej przenikliwości, która cechowała jej najlepsze nagrania. Być może sama wymyśliła i doprowadziła do perfekcji ideę nieustannej popowej reinwencji, ale ta może okazać się jej najbardziej imponującą odsłoną.