Album stworzony do podboju parkietów (recenzja „Confessions II”)

Variety

2 lipca 2026
Steven J. Horowitz
Tłumaczenie: Sebastian


„Czasami lubię po prostu ukryć się w cieniu” – mruczy Madonna na początku utworu „I Feel So Free”, otwierającego jej piętnasty album, „Confessions II”. „Stworzyć nową personę. Inną tożsamość. Mogę być, kim tylko zechcę”. Choć trudno wyobrazić sobie Madonnę kryjącą się w cieniu czegokolwiek, właśnie na tym polega ekscytacja towarzysząca każdemu jej nowemu albumowi: zgadywaniu, którą wersję artystki tym razem dostaniemy. Czy będzie to kowbojka wzbijająca tumany kurzu? Ekscentryczna gwiazda popu? A może duchowo odrodzona idealistka ze słabością do mantr i brzmienia sitaru?

Madonna już na początku kampanii promocyjnej „Confessions II” jasno dała do zrozumienia, że jej pierwszy od siedmiu lat album będzie powrotem na parkiet – kontynuacją przełomowego „Confessions on a Dance Floor” z 2005 roku, które pod wieloma względami było ostatnim projektem artystki zrealizowanym z tak wielkim rozmachem i konsekwencją wizji. I trzeba przyznać, że to podejście się opłaciło. „Confessions II” – liczący szesnaście utworów album wyprodukowany głównie przez Madonnę i Stuarta Price’a, który stał również za „Confessions on a Dance Floor” – jest bez wątpienia najlepszą płytą, jaką Madonna nagrała od dwóch dekad. To album pełen życia i wyrazistości, celebrujący euforię tanecznego parkietu, a jednocześnie czerpiący z jego tajemniczej, magnetycznej atmosfery.

„Confessions II” to album, w którym forma idealnie współgra z treścią. Został skonstruowany jako nieprzerwany set DJ-ski, podobnie jak pierwotna wersja „Confessions on a Dance Floor”. Taka konstrukcja pozwala utrzymać nieprzerwany przepływ muzyki i opowiedzieć spójną historię – zatracenia na parkiecie, rozkoszowania się anonimowością w półmroku klubu i przestrzenią, jaką stwarza ona dla nieustannego wymyślania siebie na nowo. Na początku wielu utworów Madonna szepcze o wolności, jaką daje osłona ciemności, jej wizję urzeczywistnia, dosłownie, teledysk do „Bring Your Love” z udziałem Sabriny Carpenter, w którym unosi się ponad tłumem tańczących ludzi niczym zjawa z innego świata.

Ale na „Confessions II” Madonna odzyskuje rolę głównej bohaterki własnej opowieści, czego brakowało na „Rebel Heart” i „Madame X” – albumach, które albo zbyt gorliwie podążały za trendami, albo całkowicie się od nich odcinały. „Confessions II” ma własne tętno i wyrazistą tożsamość brzmieniową. Jest zakorzeniony w muzyce tanecznej, ale swobodnie czerpie z jej rozległego stylistycznego spektrum – od house’u rodem z Detroit w „Bring Your Love” po mroczne techno w „Everything”. To mile widziane wytchnienie dla fanów Madonny, którzy w jej późniejszych albumach szukali większej spójności i wyraźniejszego kierunku. Duża w tym zasługa Price’a, którego produkcja jest tutaj pełna energii, a zarazem dopracowana i przemyślana. Na płycie nie ma utworów na miarę „Hung Up” czy „Get Together” – piosenek, które połączyły muzykę taneczną z popem w tak wyjątkowy sposób, że przetrwały próbę czasu i wykraczają poza swoją epokę. Zamiast tego Price stawia na powolne budowanie napięcia i satysfakcjonujące kulminacje, tworząc dynamikę, która napędza album od początku do końca, nigdy nie gubiąc się w nadmiarze detali.

Najmocniejsze momenty „Confessions II” to te, w których Madonna nie komplikuje przekazu. „Danceteria”, jeden z najważniejszych utworów na płycie, to pokoleniowy zew generacji X, przywołujący złote czasy nowojorskiego życia nocnego. Artystka wraca tu wspomnieniami do legendarnego klubu, który regularnie odwiedzała na początku swojej kariery. Opowiada o tym, jak wręczyła DJ-owi Markowi Kaminsowi demo „Everybody”, i wspomina spotkania z całą plejadą postaci tamtej epoki – od Nile’a Rodgersa i Jeana-Michela Basquiata po Davida Byrne’a, Crazy Legs i zespół The B-52s. Wykonuje ten utwór w charakterystycznym, oszczędnym, niemal beznamiętnym rapowanym stylu, przypominającym mówioną partię z „Vogue”. (Jeśli jest coś, co Madonna robi konsekwentnie, to odwoływanie się do własnej historii – zarówno w przenośni, jak i całkiem dosłownie).

W przypadku kontynuacji słynnego albumu łatwo o zarzut, że jest jedynie próbą odzyskania dawnej chwały – sposobem na wykorzystanie sentymentu, jakim cieszy się wielkie dzieło, i odtworzenie jego sukcesu w trosce o własne dziedzictwo. Na szczęście „Confessions II” umiejętnie przywołuje ducha swojego poprzednika, nie popadając przy tym w bezmyślne powielanie sprawdzonych rozwiązań. O ile pierwszy album przefiltrowywał disco lat 70. i house lat 80. przez współczesną wrażliwość popową, o tyle nowy projekt wydaje się wolny od podobnych ograniczeń – a przynajmniej zupełnie się nimi nie przejmuje. Nie oznacza to oczywiście braku chwytliwych momentów. Singlowe „Love Sensation” trafia w punkt i ma w sobie coś namacalnego, co od razu przyciąga uwagę. Jednak utwory takie jak „Good for the Soul” czy „Love Without Words” stawiają przede wszystkim na atmosferę i brzmienie. Płynnie przechodzą jeden w drugi, podporządkowane nadrzędnej wizji całego albumu.

Trzeba przyznać, że z czasem staje się to również słabością albumu. Choć „Confessions II” jako całość wciąga i niesie słuchacza energią, pod koniec swojej drugiej części zaczyna sprawiać wrażenie nieco jednolitego brzmieniowo. Dzieje się tak zwłaszcza wtedy, gdy Madonna łączy siły z Martinem Garrixem w festiwalowym hymnie „Bizarre” oraz pulsującym „School”. Do tego momentu tempo płyty praktycznie ani na chwilę nie zwalnia, a słuchacz ma wrażenie, jakby była już trzecia nad ranem na parkiecie, a światła za chwilę miały się włączyć. W tym miejscu Madonna mogłaby zakończyć album – być może nawet powinna. Zamiast tego porzuca jednak ogólnikowe refleksje o miłości i wyzwalającej mocy tańca, by wkroczyć na bardziej osobisty grunt. To obszar doskonale znany jej fanom i zarazem ten, który cenią najbardziej, bo właśnie wtedy otrzymują coś, co najbardziej przypomina kontakt z „Matką” – jak od lat nazywają swoją idolkę.

To właśnie w tych utworach Madonna mierzy się z tym, co przychodzi po euforii i konfrontuje się z ciężarem rzeczywistości. „Fragile”, utrzymane w melancholijnym klimacie nagranie inspirowane brytyjskim garage’em, jest poruszającym hołdem dla jej zmarłego brata, Christophera Ciccone. Opublikowane przez niego w 2008 roku wspomnienia ujawniające kulisy życia gwiazdy doprowadziły do konfliktu między rodzeństwem, który udało się zażegnać dopiero wtedy, gdy Christopher był już na łożu śmierci. „Późno w nocy, kiedy spałam, przyszedłeś do mnie we śnie” – śpiewa Madonna. „Powiedziałeś: «Nie zapominaj o mnie, nie zapomnij być szczęśliwa» / Mam więc nadzieję, że odnalazłeś lepsze miejsce”. Nie okazuje jednak podobnej wyrozumiałości w „Betrayal” – nastrojowym utworze opartym na samplu z muzyki Erika Satiego, będącym gorzkim rozliczeniem z osobą, którą można odczytywać jako jej macochę, Joan Ciccone, zmarłą w 2024 roku: „Nie dostrzegłaś własnego upadku / No dalej – przypieczętuj swoje dzieło / Ale miejsca mojej matki nigdy nie zajmiesz.”

Być może najbardziej poruszający jest duet z córką, Lourdes „Lolą” Leon, „The Test”, w którym dochodzi do prawdziwego pojednania. Madonna nawiązuje w nim do „Little Star”, piosenki poświęconej Lourdes z albumu „Ray of Light” z 1998 roku, zastanawiając się nad tym, w jakim stopniu jej własna sława mogła stać się dla córki ciężarem. „Próbowałam stawiać cię na piedestale” – śpiewa Madonna. „Nie myślałam o tym, jak mogło cię to ograniczać ani ranić / Chciałabym wiedzieć, ile bólu ci sprawiłam”. Leon, która współtworzyła ten utwór, odpowiada z większym dystansem: „Podążam śladem tego, co stworzyłaś / Zachowuję własny sposób widzenia / Zamieniam to w krajobraz, tchnę w to życie”.

Pod względem nastroju utwory te być może lepiej sprawdziłyby się na osobnej EP-ce lub w rozszerzonej edycji albumu. Wówczas jednak zabrakłoby miejsca dla „L.E.S. Girl”, idealnie domykającego album. Przy oszczędnym akompaniamencie gitar Madonna wraca wspomnieniami do czasów, gdy przemierzała Lower East Side, martwiąc się o zaległy czynsz. Śpiewa o zauroczeniu chłopakiem o „twarzy Marlona Brando” i rozjaśnianych blond włosach z ciemnymi odrostami. Podobnie jak cały „Confessions II”, utwór ten przypomina, że choć dawna Madonna już nie istnieje, sama Madonna wciąż jest obecna – niezmiennie królując na parkiecie, jakby czas w ogóle nie upłynął.