Madonna odnajduje rytm (recenzja „Confessions II”)
Rolling Stone
2 lipca 2026
Rob Sheffield
Tłumaczenie: Sebastian
Królowa Popu pokazuje na „Confessions II”, jak dramatycznym i euforycznym miejscem może być taneczny parkiet.
Ocena: 4/5
„Ludzie myślą, że muzyka taneczna jest tylko powierzchowna” – oznajmia Madonna na początku swojego znakomitego nowego albumu „Confessions II”. – „Ale wszyscy się mylą. Parkiet taneczny to nie tylko miejsce. To próg, rytualna przestrzeń, w której ruch zastępuje język.” To właśnie na tym progu Madonna spędziła całe swoje życie. Odkąd podbiła świat w latach 80., Królowa Popu konsekwentnie poświęca swoją karierę udowadnianiu, jak złożonym, dramatycznym i euforycznym miejscem może być parkiet taneczny.
Na „Confessions II” Madonna wraca na parkiet, bo to właśnie tam od zawsze odnajduje samą siebie. To kontynuacja jednego z jej najbardziej cenionych albumów, „Confessions on a Dance Floor”, stworzonego w 2005 roku we współpracy z londyńskim mistrzem disco Stuartem Price’em. To 64 minuty nieprzerwanie płynącej muzyki, w której utwory przechodzą jeden w drugi niczym set klubowego didżeja, czerpiąc inspiracje z całej historii muzyki tanecznej. Tu i ówdzie można usłyszeć echo „I Feel Love” albo „Apache”, ale jest to lekcja historii, którą Madonna przekształca w własną muzyczną autobiografię.
Album z rozmachem otwiera trzyczęściowa sekwencja utworów „I Feel So Free”, „Good for the Soul” i „One Step Away” – 12-minutowa suita, w której na tle pulsującego elektronicznego rytmu Madonna zastanawia się nad wewnętrzną potrzebą, która nieustannie ciągnie ją na parkiet. „Czasami lubię po prostu ukryć się w cieniu” – mówi półgłosem na tle pulsującego podkładu opartego na samplu z house’owego klasyka „French Kiss” Lil Louisa. „Mogę być, kim tylko zechcę, stworzyć nową personę. Szczerze mówiąc, chciałabym być jak inni ludzie i po prostu się nie przejmować. Ale tutaj, na parkiecie, czuję się wolna.”
Producentem całego albumu jest Stuart Price, a gościnnie za produkcję lub współprodukcję odpowiadają m.in. Andrew Watt, Cirkut, Mirwais, Arca, Triangle Park i Parisi. Belgijski artysta Stromae dołącza do Madonny w utrzymanym w klimacie katolickich egzorcyzmów utworze „My Sins Are My Savior”, natomiast „Read My Lips” zostało wyprodukowane przez Tainy’ego i zawiera hiszpańskojęzyczną partię wokalną Feida.
„Bring My Love” to pełen napięcia i zmysłowości duet z Sabriną Carpenter, który obie artystki po raz pierwszy wykonały podczas festiwalu Coachella w kwietniu. Utwór nabiera rozmachu dzięki elementom Detroit Techno i interpolacji klasycznego „Good Life” grupy Inner City z 1988 roku, podczas gdy obie artystki wymieniają się refleksjami na temat twórczej inspiracji. „Dawaj, Sabrina” – zachęca Madonna. To trafione połączenie, biorąc pod uwagę, że Madonna rozprawiała się z niedojrzałymi mężczyznami długo przed tym, zanim Sabrina przyszła na świat.
„Danceteria” to jedna z najbardziej urzekających disco-wycieczek na albumie – hołd Madonny dla legendarnego nowojorskiego klubu z lat 80. Oddaje w niej ekscytację dziewczyny, która jeszcze nie jest sławna i wychodzi na miasto, by spotkać swoich równie jeszcze nieznanych przyjaciół, kreśląc tę scenę wersami takimi jak: „Wsiadam do windy / Wpadam na Debi Mazar”. Świeżo po przyjeździe ze Środkowego Zachodu jest oczarowana wszystkimi gwiazdami, które widzi w klubie – artystami nowojorskiej sceny downtown, takimi jak Jean-Michel Basquiat, Fab Five Freddie czy Keith Haring. Jeszcze większe wrażenie robią jednak na niej legendy muzyki: „Nile Rodgers i David Byrne / B-52’s mieli pieniędzy bez liku / Lounge Lizards mają tyle stylu / Lower East Side, przejdź się dziką stroną miasta”. Po czym Madonna przechodzi do własnej wersji słynnego „Doo de doo” z klasycznego utworu Lou Reeda.
To piosenka przesycona nowojorskim glamourem i stylem różnych pokoleń, przeniesionymi na parkiet, gdzie wszyscy są równi. Madonna powtarza w refrenie: „Każdy jest tu dziełem sztuki”. To jednak mogłoby równie dobrze być mottem całej jej kariery – od debiutanckiego singla „Everybody” z 1982 roku, przez „Vogue”, aż po „Ray of Light”. Śpiewa o ekscytacji związanej z usłyszeniem własnej piosenki rozbrzmiewającej z głośników Danceterii – o nocy, gdy didżej Mark Kamins puścił jej demo „Everybody”, co doprowadziło do podpisania kontraktu płytowego i zapoczątkowało całą jej historię. Chłonęła wszystko – od klubowych beatów przez post-punk po wczesny rap. Największa miłośniczka disco stała się jego najwybitniejszą mistrzynią.
„Confessions on a Dance Floor” było zarazem naturalnym posunięciem i jednym z najwybitniejszych momentów w karierze Madonny – dwie dekady po tym, jak sięgnęła po tron popu serią hitów z 1985 roku: „Into the Groove”, „Material Girl” i „Crazy for You”. Był to jednak ostatni raz – aż do teraz – kiedy świadomie postawiła na album mający przypodobać się szerokiej publiczności. „Confessions” zapoczątkowało jeden z najdziwniejszych okresów w karierze artystki, która nigdy nie stroniła od dziwactw. Nagrała serię osobliwych popowych albumów – „Hard Candy”, „MDNA” i „Rebel Heart” – a następnie wydała eksperymentalny krążek „Madame X” z 2019 roku, rodzaj muzycznego dziennika podróży z okresu dojrzałości, obejmującego wszystko: od portugalskiego fado, przez baletowe interludium, aż po deklarację „Bitch I’m Loca”. Niektórzy z nas, zagorzali fani, darzą ten dziwny album szczególnym uczuciem, ale łatwo zrozumieć, dlaczego świat muzyki pop był nim całkowicie zdezorientowany.
Od czasu „Madame X” Madonna intensywnie wracała do własnej przeszłości – zarówno poprzez archiwalne projekty poświęcone latom 90., takie jak „Veronica Electronica” i „Bedtime Stories: The Untold Story” [„The Untold Chapter” – błąd w oryginalnym tekście – przyp. tłum.], jak i za sprawą przekrojowej trasy „Celebration”. Wszystko wskazuje na to, że właśnie te powroty do przeszłości pomogły zainspirować bardziej introspektyjny i pamiętnikarski charakter tego albumu. „Confessions on a Dance Floor” przyniosło jeden z jej największych i najbardziej przebojowych hitów – „Hung Up”, gigantyczny przebój oparty na samplu z ABBY i refrenie „Time goes by so slowly”. Jednak na „Confessions II” Madonna przez znaczną część albumu spogląda wstecz. „Fragile” to pełen bólu lament poświęcony jej bratu Christopherowi, z którym przez lata pozostawała w konflikcie, zanim zdążyli się pogodzić przed jego śmiercią w 2024 roku. „The Test” jest poruszającym duetem z jej córką Lourdes Leon, w którym Madonna przeprasza ją za wprowadzenie do tak szalonego świata sławy i celebrytów. Cytuje fragmenty „Little Star” – swojej piosenki z 1998 roku napisanej dla nowo narodzonej córki – podczas gdy dorosła już Lourdes deklaruje jej swoje oddanie.
„L.E.S. Girl” zamyka album refleksyjną gitarową balladą o poranku po nocy pełnej klubowych uniesień. To młoda Madonna na Lower East Side, budząca się w świetle dnia z rozmazanym od wczoraj eyelinerem, zmagająca się z opłaceniem czynszu za mieszkanie przy Avenue B, a jednocześnie uświadamiająca sobie, że nigdy naprawdę nie będzie pasować do chłopaka z Lower East Side, który jest u jej boku. Śpiewając do samej siebie z tamtych lat, wyznaje: „Noc jest łaskawa, dzień jest smutny / Wszystko przemija, oprócz ciebie”.
Po godzinie dyskotekowych fajerwerków „L.E.S. Girl” stanowi poruszające wyciszenie. Ale nawet w tamtym okresie, kiedy cała ta niewiarygodna kariera była jeszcze przed nią, Madonna już wiedziała, kim jest. Brzmi jak ambitna dziewczyna z klubów, gotowa podbić świat. Na „Confessions II” wraca do tych młodzieńczych marzeń – i w znakomity sposób pokazuje, jak udało jej się je wszystkie urzeczywistnić.
Dodaj komentarz
Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.