Nostalgiczny powrót na parkiet

The Guardian

2 lipca 2026
Alexis Petridis
Tłumaczenie: Sebastian

Ocena: 4/5


Po latach pogoni za trendami – od trapu po latynoski pop – Madonna z wdziękiem wraca do oldschoolowej muzyki tanecznej, by opowiedzieć barwne migawki z życia Nowego Jorku lat 80.

„Zadaj sobie pytanie: po co to robisz? Dla siebie? Dla nich?” – zastanawia się Madonna w „Bring Your Love”, nagranym z Sabriną Carpenter utworze z albumu „Confessions II”. To pytanie można by zadać także w odniesieniu do jej decyzji, by po 21 latach nagrać kontynuację „Confessions on a Dance Floor” z 2005 roku.

Oficjalna odpowiedź brzmi oczywiście: dla siebie. Inspiracją dla „Confessions II” była trasa „Celebration” z 2023 roku – szalona podróż przez jej własny dorobek muzyczny, ze scenografią odtwarzającą teledyski do dawnych przebojów, takich jak „Don’t Tell Me” czy „Human Nature” – która najwyraźniej skłoniła artystkę do refleksji nad własną przeszłością.

„Confessions II” rzeczywiście pełne jest odniesień do historii Madonny – i nie tylko do albumu, od którego zapożycza tytuł oraz początkową strukturę: sekwencję utworów inspirowanych house’em, płynnie przechodzących jeden w drugi niczym miks DJ-ski. Pobrzmiewa tu także triphopowa Madonna z „Bedtime Stories” – album kończy się zestawem wolniejszych, bardziej introspektywnych kompozycji – klubowa, głodna sławy Madonna z debiutanckiego singla „Everybody” z 1982 roku, która raz po raz powraca w tekstach, oraz macierzyńska, duchowo nastrojona Madonna z „Ray of Light”. „The Test”, duet z jej córką Lourdes, jest dojrzalszą, mądrzejszą kontynuacją kołysankowego „Little Star” z tamtej płyty, przywołanego już w pierwszych wersach utworu.

Równie dobrze bardziej sceptyczny głos mógłby zasugerować, że „Confessions II” jest dla nich – czyli dla fanów, którzy przez ostatnie dwie dekady odwrócili się od Madonny. Powszechnie uznaje się, że „Confessions on a Dance Floor” było jej ostatnim bezdyskusyjnym triumfem. Każdy kolejny album sprzedawał się o połowę gorzej niż poprzedni: ostatni, „Madame X” z 2019 roku, rozszedł się w nakładzie pół miliona egzemplarzy, podczas gdy „Confessions on a Dance Floor” sprzedało się w 10 milionach. Sam tytuł „Confessions II” zdaje się więc sugerować: oto Madonna, którą kiedyś kochaliście. Nieco cyniczna próba odzyskania tych, którzy odeszli.

Bez wątpienia jest w tym ziarno prawdy – ale „Confessions II” nie sprawia wrażenia aż tak desperackiego gestu. Brzmieniowo album omija najnowsze trendy w muzyce tanecznej, wybierając raczej rozwiązania sprawdzone i dobrze osadzone w tradycji. Pojawiają się tu pojedyncze ślady angielskiego garage’u – wyczuwalne, sprężyste podbicie rytmu w „Fragile” i „Good for the Soul” – odrobina EDM-u w ciężkiej linii basu „Everything”, a także nuta europopowego dance’u w „Read My Lips”, z jego mieszanką szybkiego bitu, hiszpańskiej gitary i samplowanych bębnów batucady. W przeważającej mierze główne inspiracje są jednak ostentacyjnie oldschoolowe: „I Feel So Free” wyrasta z klasyka chicagowskiej sceny, „French Kiss” Lil Louisa, „Bring Your Love” zapożycza coś z „Good Life” Inner City, w połowie „Love Without Words” wybucha acidowa linia syntezatora, a w „One Step Away” pojawia się piękne, dyskretne piano, przywodzące na myśl deephouse Mr Fingersa. Podobnie utwory utrzymane w wolniejszym tempie mają wyraźnie klimat Mo’ Wax z lat 90.: breakbeaty, zamgloną atmosferę, trzaski winyla, przytłumione orkiestracje, nieco gainsbourgowski fragment mówiony w wykonaniu belgijskiego rapera Stromae oraz interpolację z „Gnossienne No. 1” Erika Satiego w „Betrayal” – zresztą znacznie zręczniej wplecioną niż fragment Czajkowskiego, który w „Dark Ballet” z 2019 roku został wrzucony w środek utworu bez większej finezji.

To muzyka, w której Madonna – podobnie zresztą jak producent Stuart Price – porusza się z dużą swobodą. Brzmi tu znacznie pewniej niż wtedy, gdy na „Rebel Heart” włączała do swojego języka trap albo gdy na „Madame X” śpiewała z Malumą, próbując dość usilnie podpiąć się pod modę na latynoski pop. Tę pewność słychać w gotowości albumu do pozostawiania dłuższych, pozbawionych wokalu Madonny partii instrumentalnych, utrzymanych w duchu dwunastocalowych remiksów. Jeszcze wyraźniej słychać ją jednak w tekstach. Madonna najwyraźniej czuje się na tyle swobodnie, by pozwolić sobie na wrażliwość: pojawia się tu wprawdzie trochę typowego dla niej pozowania w stylu „Bitch, I’m Madonna”, ale znacznie częściej dominuje nastrój refleksyjny – chwilami kruchy, a nawet pełen żalu.

Migawki z jej życia w Nowym Jorku wczesnych lat 80. są znakomite. „Danceteria” maluje sugestywny obraz tytułowego klubu, przywołując nie tylko artystów Jeana-Michela Basquiata i Keitha Haringa, lecz także selekcjonera Haouiego Montauga. Cytat z „Walk on the Wild Side” Lou Reeda zgrabnie łączy ze sobą różne manhattańskie półświatki. Napędzane brzmieniem starej automatycznej perkusji „L.E.S. Girl” wspomina dawnego chłopaka z artystycznej bohemy, gitarzystę, który – co nie jest szczególnym zaskoczeniem – został odprawiony, gdy okazało się, że nie podziela jej ambicji. Najbardziej poruszającym utworem może być „Fragile”, oparta mocno na akustycznej gitarze elegia dla jej zmarłego brata Christophera, z którym Madonna miała burzliwą relację: „łączyła nas krucha więź… nie zapomnij o mnie, nie zapomnij być szczęśliwa”. Niewiele ustępuje jej jednak pełne matczynego poczucia winy „The Test”: „Nie prosiłaś o te wszystkie błyski fleszy”.

Nie wszystko jednak działa bez zarzutu. „Confessions II” jest o niemal 10 minut dłuższe od pierwowzoru, choć wcale nie musi takie być: spokojnie można by usunąć kilka mniej wyrazistych housowych utworów, w tym „Love Sensation” i „School”. Brakuje tu też bezdyskusyjnego, stuprocentowego popowego hitu na miarę „Hung Up”, choć jasny, kolorowy disco house „Danceterii” – jednego z dwóch utworów współtworzonych i wyprodukowanych przez Andrew Watta i Cirkuta – jest bardzo blisko. Ale nawet jeśli nie jest to album aż tak dobry jak „Confessions on a Dance Floor”, to bezsprzecznie najlepsza płyta Madonny od czasu „Confessions on a Dance Floor”. Można podejrzewać, że jej fanom to w zupełności wystarczy, a być może nawet skłoni do powrotu część odstępców: to pojednanie z własną przeszłością, które dobrze wróży jej przyszłości.