Wszyscy jesteśmy dziś Madonną

The Washington Post

6 lipca 2026
Shane O’Neill
Tłumaczenie: Sebastian

Mrok „Confessions II” sprawił, że z Madonną łatwiej się utożsamić.


Bądźmy szczerzy: Madonna wystawiła swoich fanów i opinię publiczną na niejedną próbę. Nawet najwierniejszym wielbicielom zdarzało się tracić cierpliwość. Widzieliśmy ją sepleniącą przez ozdobne nakładki na zęby, słyszeliśmy jej nietrafione wypowiedzi o pandemii COVID-19 nagrywane z wanny, a co najgorsze – oglądaliśmy jej próby sił w stand-upie.

Od ponad 15 lat powtarzam, że Madonnie można wybaczyć każdą irytującą rzecz, jaką zrobiła, jeśli tylko przesłucha się od początku do końca wszystkie utwory z „The Immaculate Collection”. A jeszcze lepiej – obejrzy wszystkie teledyski.

Tym razem jednak nie ma czego wybaczać. Piętnasty album Madonny, „Confessions II”, ukazał się w piątek. Krótko mówiąc: jest naprawdę dobry.

Album ten i sposób, w jaki został zaprezentowany publiczności, oznaczają dla Madonny powrót do formy. Po raz pierwszy od bardzo dawna sprawia wrażenie osoby, która dobrze czuje się sama ze sobą. A ja po raz pierwszy w życiu mam wrażenie, że mogę się z nią… utożsamić? Już wyjaśniam.

Madonna i Stuart Price – producent obu albumów z serii „Confessions” – stworzyli płytę taneczną, która jest bardziej nastrojowa, mroczniejsza i bardziej niepokojąca niż pełne blasku, agresywne brzmienie hyperpopu, które w ostatnich latach przeniknęło do muzyki dance-popowej.

Pod względem wokalnym Madonna na „Confessions II” ani przez chwilę nie sprawia wrażenia, jakby musiała się wysilać. Nigdy nie była wybitną wokalistką (spokojnie, sama przyznała to zarówno w „Truth or Dare”, jak i w „VH1: Behind the Music”). Miło słyszeć, że ma dziś tyle pewności siebie, by nie próbować za wszelką cenę niczego udowadniać. Jeśli w jej głosie pobrzmiewa zmęczenie życiem, to czy nie idealnie oddaje ono nastrój roku 2026? Nawet Madonna jest już zmęczona.

Oczywiście nie byłby to album Madonny, gdyby nie znalazło się na nim trochę ukłonów w stronę młodszego pokolenia. W utworze „Good for the Soul” śpiewa o astrologii, w „One Step Away” porusza temat traum, a w „Read My Lips” współpracuje z kolumbijskim wokalistą, producentem i twórcą reggaetonu Feidem.

Z drugiej strony Madonna od dawna fascynuje się rozmaitymi ezoterycznymi teoriami, psychologią i kulturą latynoską. A w zestawieniu z jej dawnymi, bardziej niefortunnymi popisami na tym polu – kiedy powiedziała reporterowi „Vanity Fair”, że dusza sama wybiera płeć dziecka, z kamienną twarzą śpiewała „Sigmund Freud, analyze this” („Sigmund Freud, przeanalizuj to”) albo dzieliła się swoimi seksualnymi fantazjami na temat nieletniego portorykańskiego chłopca w albumie „Sex” – jej ekscesy na „Confessions II” wydają się całkiem niewinne.

Najmocniejszymi punktami „Confessions II” pozostają wydane wcześniej single: „I Feel So Free”, „BringYour Love” i „Danceteria”. Na płycie nie brakuje jednak wielu pięknych, pełnych czułości utworów.

Na szczególną uwagę zasługuje „Fragile” – hołd dla zmarłego brata Madonny, Christophera Ciccone. Pracował on jako dyrektor artystyczny trasy „Blond Ambition” oraz dyrektor trasy „The Girlie Show”. Ich relacje uległy jednak poważnemu pogorszeniu po publikacji jego książki z 2008 roku, „Moje życie z Madonną”, w której ujawnił kulisy życia gwiazdy. (Nie mogę tej książki wystarczająco gorąco polecić miłośnikom madonnowych ciekawostek: ulubionymi cukierkami Madonny są Hot Tamales; zaczęła pić piwo, gdy związała się z Guyem Ritchiem; kiedyś nosiła pod spodniami kabaretki, ponieważ uważała, że dobrze wpływają na mięśnie.)

Jest też „The Test” – duet Madonny z jej córką, Lolą Leon, opowiadający o tym, jak sława wystawiała ich relację na próbę. Utwór stanowi odpowiedź na „Drowned World/Substitute for Love”, singiel z 1998 roku, którego teledysk kończył się sceną, w której Madonna trzyma w ramionach dziewczynkę mającą symbolizować Lolę.

Dla mnie „The Test” brzmi również jak odpowiedź Madonny na „My Juvenile” Björk z albumu „Volta” z 2007 roku. Obie piosenki opowiadają o gwiazdach popu mierzących się z własnymi błędami i niedoskonałościami w roli matek, obie są duetami, obie pojawiają się jako wyciszone, refleksyjne momenty pod koniec albumów, które poza tym tętnią energią. Nie mam pojęcia, czy Madonna świadomie inspirowała się tu Björk. Jeśli nie, pozostaje mi przywołać słowa z „Bedtime Story”, utworu napisanego przez Björk dla Madonny w połowie lat 90.: „Zatraćmy się w nieświadomości, kochanie”.

Björk i Madonna mają ze sobą zaskakująco wiele wspólnego. Obie znakomicie dobierają sobie wybitnych współpracowników, obie z niezwykłym apetytem czerpią z różnych dziedzin sztuki, obie też zarobiły miliony, nieustannie przybierając nowe wcielenia i eksperymentując z odmiennymi estetykami. Różnica polega jednak na tym, że Madonna zawsze sprawiała wrażenie artystki, która kieruje swoją karierą, wyczuwając nadchodzące trendy i zmiany na rynku. Tymczasem artystyczna wizja Björk wydaje się płynąć z… no nie wiem, z kształtów i barw, które widzisz po zamknięciu oczu tuż przed zaśnięciem? Björk kieruje się instynktem, Madonna – intelektem.

W wywiadzie dla magazynu „Nylon” z 2001 roku, przeprowadzonym przez Jamesa Servina, Björk powiedziała, że napisała dla Madonny „Bedtime Story” z nadzieją, że zachęci ją do większej spontaniczności i intuicji oraz do mniejszego polegania na logice. W tym samym artykule znalazła się znakomita anegdota. Servin napisał: „Za pośrednictwem jej rzeczniczki prasowej, Liz Rosenberg, wysłałem do Madonny faks z pytaniem: «Czy śpiewanie słów napisanych przez Björk do „Bedtime Story” sprawiło, że zaczęłaś bardziej płynąć z nurtem?». W odpowiedzi Rosenberg napisała: „Nigdy nie uważałam Madonny za osobę, która po prostu płynie z nurtem – ani przed nagraniem „Bedtime Story”, ani po nim. Ona owszem, podąża za pewnym nurtem, ale jest to nurt stworzony przez nią samą, jeśli rozumiesz, co mam na myśli”.

To właściwie idealne podsumowanie kariery Madonny: „nurt stworzony przez nią samą”. Jednak wraz z „Confessions II” i całą kampanią promocyjną towarzyszącą albumowi zobaczyliśmy kilka momentów, w których Madonna nie była w stanie sama wyznaczać kierunku wydarzeń. I właśnie ta niemożność pełnego kontrolowania własnego świata czyni ją bardziej ludzką.

W wywiadzie dla „Interview Magazine” Madonna powiedziała Melowi Ottenbergowi, że prace nad jej biograficznym filmem zakończyły się fiaskiem, ponieważ wytwórnia Universal nie była w stanie zapewnić budżetu, jakiego oczekiwała. Chwileczkę, co proszę? Nawet Madonna ma problem ze znalezieniem pieniędzy na swój projekt?

Madonna przyznała również: „Jeśli spędzam na Instagramie więcej niż dziesięć minut, dopada mnie przygnębienie i nie mam ochoty tam wracać”. Najwyraźniej nawet ego tak potężne jak ego Madonny potrafi ucierpieć pod wpływem algorytmów.

Są jednak rzeczy – gospodarka, branża technologiczna, a nawet sama śmierć – które mają władzę nad każdym z nas, Madonny nie wyłączając.

Teksty na „Confessions II” raz po raz wracają do idei odnajdywania anonimowości i wolności na parkiecie. Z kolei muzyka przypomina o mroku czekającym za drzwiami klubu. Niezależnie od tego, czy doszła do tego dzięki intelektowi, czy intuicji, Madonna doskonale uchwyciła atmosferę współczesnego nocnego życia.

Owszem, słuchanie, jak Madonna wychwala zalety prywatności, może wydawać się odrobinę przewrotne. Zaśmiałem się na głos, gdy po raz pierwszy usłyszałem, jak na początku „I Feel So Free” szepcze: „Czasem lubię po prostu ukryć się w cieniu”. Ale wtedy myślę o własnej obecności w mediach społecznościowych, która obecnie sprowadza się głównie do codziennych relacji na temat wypróżnień moich kotów. Tak naprawdę czym różni się machina promocyjna Madonny od mojego własnego uzależnienia od dzielenia się prywatnym życiem?

Kiedyś uważałem niekończące się metamorfozy Madonny za cyniczny sposób na zarabianie pieniędzy. Tymczasem ja sam przez ostatnie dziesięć lat nieustannie się przeobrażałem właśnie po to, by zarabiać. Przeszedłem drogę od pełnometrażowych dokumentów, przez filmy na Facebooku, Snapchata i TikToka, aż po karuzele na Instagramie – wszystko w desperackiej próbie zachowania znaczenia dla coraz bardziej nieuchwytnej grupy odbiorców, skłonnej płacić za to, co robię.

Wszyscy staliśmy się po trosze Madonną za sprawą rynku.