Stuart Price o Madonnie i kulisach powstawania „Confessions II”: „Jest jak nikt inny” (cz. 2)
Attitude
2 lipca 2026
Cliff Joannou
Tłumaczenie: Sebastian
Od RM: Opublikowany tekst jest tłumaczeniem fragmentu dostępnego w papierowej wersji magazynu. Podział nie wynika z naszej decyzji, a z decyzji macierzystego magazynu. Aby przeczytać pierwszą część, kliknij w poniższy link.
CZĘŚĆ 1
Współpracownik Madonny Stuart Price – współtwórca „Confessions II”, dyrektor muzyczny i producent tras koncertowych – opowiada magazynowi „Attitude”, jak wygląda praca z Królową Popu i skąd czerpała inspiracje do swojego nowego albumu.
Dlaczego akurat Sabrina Carpenter była właściwą artystką do udziału w tym projekcie? Madonna nie współpracuje z innymi artystami zbyt często.
To prawda. Sabrina bardzo otwarcie mówiła o tym, jak wielki wpływ miała na nią Madonna. Ich drogi do kariery muzycznej były zupełnie różne, ale Sabrina nigdy nie ukrywała, że Madonna była jej idolką i że marzyła o karierze podobnej do jej kariery. Naturalnie darzyła ją ogromnym podziwem, a poza tym były już ze sobą w kontakcie. Jednym z pytań, które zadawaliśmy sobie podczas pracy nad tym albumem, było: jak sprawić, by jego przekaz dotarł do jak najszerszego grona odbiorców? Przy „Confessions I” punktem odniesienia było „Hung Up” i wykorzystanie twórczości ABBY jako elementu wywołującego dyskusję. Tutaj pomysł współpracy z kimś takim jak Sabrina sam w sobie stawał się tematem rozmów i budził ciekawość. Ale to działa tylko wtedy, gdy między artystami istnieje autentyczna więź. Prawda jest taka, że nigdy nie wiadomo, dopóki nie wejdzie się razem do studia. „Bring Your Love” nie jest typową, beztroską piosenką popową. To utwór, który mówi sceptykom: „pieprzcie się”. Jego główny przekaz brzmi: „Jeśli nie rozumiesz, dlaczego robię to, co robię, to trudno”. Fakt, że ludzie wciąż podważają Madonnę, jest czymś, z czym niełatwo jej się pogodzić.
To, co czyni wersję Sabriny i remiks Madonny tak interesującymi, to kontekst, w jakim odbierane są słowa utworu. Piosenka może opowiadać zarówno o wspólnych doświadczeniach Madonny i Sabriny w biznesie muzycznym, jak i bardzo konkretnie odnosić się do doświadczeń Madonny – do tego, jak często wątpiono w nią, a mimo to nigdy się nie poddała. Urok tekstów tkwi w ich niejednoznaczności. Nigdy nie powinno się pisać zbyt dosłownie – trzeba zostawić przestrzeń do interpretacji.
„I Feel So Free” doskonale wpisuje się w świat Confessions II. Słychać w nim echa Donny Summer, a mówione intro przywodzi na myśl „Future Lovers”.
Gatunkiem muzycznym, który pojawił się na „Confessions II”, a którego nie było na „Confessions I”, jest Chicago house. Jeśli pierwsze „Confessions” to Studio 54, Donna Summer i disco, to „Confessions II” to Kevin Saunderson, Frankie Knuckles i Lil Louis. Jednym z powodów, dla których sięgnęliśmy po te wpływy, było The Celebration Tour. Przed koncertami rozgrzewałem publiczność jako DJ. Madonna prosiła mnie o miksy, przy których mogłaby ćwiczyć. Tworzyłem je dla niej i oboje czuliśmy, że ta muzyka wnosi odpowiedni klimat. Miała zapisane pomysły, wiersze, tytuły. Pracowaliśmy nad jednym housowym utworem i wpadłem na pomysł frazy: „I feel so free because this is what a club means to me”. Gdy tylko to powiedziałem, natychmiast zareagowała: „Thanks for coming”. Uznała, że brzmi to jak zaproszenie. To przykład tego, jak zupełnie różne pomysły składają się w muzykę.„I Feel So Free” otwierają rozległe, ambientowe warstwy dźwięku – z jednej strony działające niemal jak ASMR, z drugiej tworzące szeroką, eteryczną przestrzeń brzmieniową. Punktem wyjścia dla „I Feel So Free” była wyrazista idea zawarta w tekście oraz chęć stworzenia utworu opowiadającego o więzi między ludźmi.
Przez cały album przewija się wpływ duchowości – podobnie jak kiedyś na „Ray of Light”, a później na „Confessions on a Dance Floor” w utworach takich jak „Let It Will Be” czy „Isaac”.
Jeśli chodzi o życiowe doświadczenie, Madonna ma za sobą niezwykle bogate życie. Jej historia to jedna z najbardziej fascynujących i niekończących się opowieści, ponieważ jest pełna ludzi, których poznała, osób, z którymi pracowała, i środowisk, których była częścią. Kiedy mówi o Studio 54, nie mówi o nim jako obserwatorka – mówi jako uczestniczka. Była tam z tymi ludźmi. Wszystkich, którzy pojawiają się choćby w tekście „Danceteria”, naprawdę znała osobiście. Jeśli zaś chodzi o duchowy wymiar albumu, Madonna od zawsze czerpie z własnych doświadczeń i nieustannie poszukuje głębszego sensu. To przychodzi jej naturalnie i bez wysiłku. Potrzebuje jednak współpracownika, który stanie się dla niej zwierciadłem i pomoże jej opowiedzieć o tych doświadczeniach poprzez muzykę. W dalszej części albumu pojawia się utwór „My Sins Are My Savior”. Jego przesłanie jest proste: to, za co jesteśmy krytykowani, często okazuje się najważniejszą częścią naszej tożsamości i życia. Wiele osób uważa, że Madonna prowokuje wyłącznie dla rozgłosu, ale moim zdaniem nic bardziej mylnego. Ona po prostu stawia światu lustro i zmusza go do konfrontacji z samym sobą. W „My Sins Are My Savior” chodzi właśnie o to, że te rzekome grzechy są najważniejsze. To one czynią cię tym, kim jesteś. Końcówka albumu jest znacznie bardziej introspektywna. Po eksplozji tanecznej energii album skręca w stronę bardziej osobistych i refleksyjnych tematów.
Szczególnie słychać to w finałowym utworze „L.E.S. Girl”.
„Lower East Side Girl” opowiada o chwili po wyjściu z klubu. Wracasz do domu o szóstej rano, jesteś sam i wszystkie emocje nagle dają o sobie znać. To moment, w którym Madonna naprawdę wraca do samej siebie. Wcześniejsze utwory, takie jak „I Feel So Free”, „Good for the Soul”, „One Step Away”, „BringYour Love” czy „Danceteria”, mają ogromną energię i nie pozwalają, by emocje opadły. Od początku wiedzieliśmy, że finał albumu powinien przynieść słuchaczowi pewnego rodzaju emocjonalne ukojenie. Po hedonizmie i intensywnych przeżyciach naturalne jest, że człowiek staje się bardziej emocjonalny.
Czy od początku wiedzieliście, że album powinien zmierzać w tym kierunku?
Myślę, że to efekt artystycznego i osobistego rozwoju Madonny. Gdyby nagrała album skupiający się wyłącznie na powierzchownych tematach, trudno byłoby odbiorcom nawiązać z nią równie silną więź emocjonalną. Tymczasem na płycie otwiera się i śpiewa o sprawach bardzo osobistych. Kiedy zaczęliśmy pracę nad albumem, utwory zaczęły powstawać w zupełnie naturalny sposób. Nie dało się ich schować do szuflady. Straciła macochę, straciła swojego brata Christophera, o którym śpiewa w utworze „Fragile”.
Już od dawna Madonna nie brzmiała tak szczerze i bezbronnie.
Praca nad tym albumem po raz kolejny uświadomiła mi, jak wyjątkowo mocnym wokalem dysponuje Madonna. Ma niezwykle charakterystyczny głos – jedyny w swoim rodzaju. W bardziej klubowych utworach wokale są mocniej przetworzone, ale słuchacze usłyszą na albumie całe spektrum interpretacji wokalnych. W utworach takich jak „Fragile” czy „One Step Away” słychać jej głos w znacznie bardziej surowej i bezpośredniej formie. Nie jest przesadnie dopracowany ani wygładzony.
W tekstach pojawiają się też uniwersalne tematy, jak w „Good for the Soul”.
Jedną z największych zalet Madonny jest to, że nie próbuje opowiedzieć całego swojego życia na jednej płycie. Każdy album jest zapisem konkretnego okresu jej życia. „American Life” opowiadało o czasie, w którym wtedy żyła. Obecnie żyjemy w okresie przejściowym między światem analogowym a cyfrowym i nie chcieliśmy tego ukrywać. W „Good for the Soul” przekaz jest prosty: przypomnij sobie o kontakcie z samym sobą, z ludźmi wokół ciebie i z tym, co naprawdę daje ci poczucie szczęścia. To spostrzeżenie, że pochłonięcie przez telefon i życie online mogą prowadzić do poczucia osamotnienia. Co oznacza cała ta technologia i dane unoszące się wokół nas? Jak wpływają na nasze DNA? Jak zmieniają ludzkość? Czy sztuczna inteligencja jest kolejnym krokiem w ewolucji człowieka? Technologia wywiera ogromny wpływ na rozwój gatunku ludzkiego.
Czy wyobrażasz sobie trasę koncertową „Confessions II”?
Na razie skupiamy się na tym, jak prezentować ten materiał na żywo. Najbardziej naturalne wydaje nam się granie w klubach, które nie mają stref VIP. Chcemy maksymalnie zmniejszyć dystans między sceną a publicznością. Wyobraźmy sobie stadion – tam artysta jest najdalej od publiczności, jak tylko to możliwe, i próbuje stworzyć wielkie widowisko. Na drugim końcu skali znajduje się klub nocny, gdzie między Madonną a publicznością jest dosłownie kilka kroków. Na ten moment czujemy, że ta płyta najlepiej funkcjonuje właśnie w klubach. Nawet podczas występu na Times Square, choć byliśmy umieszczeni wysoko na specjalnej konstrukcji, nadal czuliśmy się częścią tłumu. Właśnie w ten sposób wyrażamy dziś muzykę tego albumu.
Charlie XCX powiedziała, że parkiet taneczny umarł. Co o tym sądzisz?
Niezależnie od tego, czy mówiła to całkiem serio, czy nie, podziwiam to, że postanowiła pójść w zupełnie innym kierunku. To ciekawy kontrapunkt w rozmowie o kulturze klubowej. Prawdopodobnie sprzeciwia się kulturze VIP – elitaryzacji życia klubowego i oddzielaniu uprzywilejowanych gości od reszty publiczności. Najciekawsze jest jednak to, że ludzie próbują przeciwstawiać sobie Charlie i Madonnę. Moim zdaniem obie mówią bardzo podobne rzeczy. Jeśli Charlie mówi: „Kultura VIP zabiła parkiet, więc idę w stronę rocka”, to Madonna mówi: „Kultura VIP odebrała klubom ich wspólnotowy charakter, więc chcę ponownie zanurzyć się w tej atmosferze i nawiązać kontakt z ludźmi”. Tak naprawdę jest między nimi więcej wspólnego niż różnic, tylko wyrażają to w inny sposób.
Współpracowałeś z Kylie, Jessie Ware, Duą Lipą, Scissor Sisters, a teraz z Sabriną Carpenter. To brzmi jak wymarzona kolacja każdego geja.
Dorzuciłbym jeszcze Grace Jones. Po pierwsze, jestem szczęściarzem. To artyści, którzy bardzo dobrze wiedzą, kim są. Moją rolą jest pomóc im zrobić krok naprzód – znaleźć nowe kierunki muzyczne, jednocześnie dbając o to, by zachować to, co czyni ich wyjątkowymi. Moja współpraca z Madonną trwa najdłużej ze wszystkich w moim życiu. Pracujemy razem już ćwierć wieku i do dziś mam wrażenie, jakbyśmy grali w jednym szkolnym zespole. Jedyna presja, jaką odczuwam, jest dokładnie taka sama jak ta, którą odczuwa ona – chęć zrobienia czegoś jak najlepiej. W zasadzie jesteśmy jak szkolny zespół: wygłupiamy się, jesteśmy nieustraszeni, nie słuchamy rozkazów. Neil Tennant żartuje nawet, że tworzymy synth-popowy duet – szczerze mówiąc, dokładnie tak to wygląda. Widzę magię Madonny nie tylko wtedy, gdy występuje przed publicznością, ale również wtedy, gdy wspólnie tworzymy muzykę.
Na tej płycie jest wiele odniesień do przeszłości, nawet rapowany fragment w stylu „Vogue” w piosence „Danceteria”.
Przez ostatnie lata Madonna rozważała realizację filmu biograficznego i pracowała nad trasą „Celebration”. To sprawiło, że musiała dogłębnie wrócić do własnej przeszłości. Myślę, że jest to pierwszy moment w jej życiu, kiedy naprawdę miała okazję zatrzymać się i spojrzeć na to, jak niezwykłe było jej doświadczenie. Myślę, że możliwość spojrzenia z perspektywy na własne życie i docenienia wszystkiego, czego doświadczyła, znalazła wyraźne odzwierciedlenie w tekstach tego albumu. Ale mogę powiedzieć jedno na sto procent. Wczoraj była tutaj, pracowaliśmy nad czymś – siedziałeś zresztą na jej miejscu – a ona nadal patrzy wyłącznie w przyszłość. Tak samo jak zawsze. Różnica polega tylko na tym, że tym razem pozwoliła sobie spojrzeć wstecz na życie, które przeżyła. Madonna potrafi nieść ludziom ukojenie – swoim głosem, tekstami i tym, kim jest. Mam poczucie, że ten album będzie dla wielu osób bardzo poruszającym doświadczeniem.
Dodaj komentarz
Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.