Everybody is a star…

Koncerty Madonny to zazwyczaj czteroaktowe przedstawienia muzyczne z następującymi po nich bisami. Z konwencji tej wyłamuje się jednak „The Girlie Show Tour”. Na koncert ten składają się bowiem trzy akty tematycznie powiązane oraz zostawione nieco „luzem” bisy. Nie mają one tematycznego związku ani ze sobą, ani tym bardziej z resztą koncertu, ale jednak nie odstają od całości, głównie za sprawą ich atmosfery, widowiskowości i muzycznej wrażliwości, która i tu została zachowana.

Choć „Justify My Love” w 1993 to nie był najnowszy hit Madonny, a piosenka liczyła sobie prawie 3 lata, nigdy wcześniej nie była ona wykonywana. Madonna nie miała ku temu nawet za bardzo okazji. Utwór pojawił się na „The Immaculate Collection” niedługo po zakończeniu trasy „Blond Ambition”, a aż do 1992 roku Madonna praktycznie nie występowała publicznie z muzyką. A kiedy już miało to miejsce, np. w programie „Saturday Night Live”, ważniejsza była promocja najnowszego albumu i pochodzącego z niego materiału. Kolejna trasa koncertowa była więc wyśmienitą okazją, aby przypomnieć ludziom wielki hit, który nieco zdążył już pokryć kurz.

Na początku utworu Madonna pojawiała się na scenie, stojąc na podwyższeniu ukrytym pod fałdami jej długiego płaszcza, przez co przyjmowała wygląd nienaturalnie wysokiej postaci. Dopiero po chwili zdejmowała płaszcz, ukazując pod nim pełny kostium.

Składały się na niego inspirowana XIX-wiecznymi strojami suknia na krynolinie, biała koszula z długimi, koronkowymi i falbaniastymi rękawami, spod których wyglądały czarne rękawiczki, przykryta beżowopopielatą kamizelką. Na głowie Madonna miała z kolei cylinder w podobnym do kamizelki kolorze, a jej oczy ukryte były za ciemnymi okularami (podobnie jak oczy wszystkich tancerzy). Pod koniec trasy Madonna zmieniła jednak okulary na opaskę na jednym oku (opaska wróciła do łask w czasach „Madame X”). Warto w tym miejscu podkreślić, że strój Madonny zawiera zarówno elementy stroju kobiecego (suknia), jak i stereotypowo męskiego (cylinder), co stanowiło zatarcie różnic pomiędzy płciami, podobnie jak czynił to słynny gorset z „Blond Ambition” przykryty stereotypowo męskim garniturem. Jak wszystkie kostiumy z tej trasy, tak i ten zaprojetował duet Dolce & Gabbana.

Pozorną prostotę utworu oddawała choreografia, która robi wielkie wrażenie właśnie swoją oszczędnością i surowością. Jak uważa tancerz, Carlton Wilborn:

Sposób, w jaki ona i jej brat Christopher zostali wychowani, kryje naturalną klasę, która tu właśnie się uwidacznia.

Ale zarówno stroje, jak i choreografia nawiązują do musicalu „My Fair Lady” George’a Cukora, który swoją premierę miał w 1964 roku. Film doczekał się aż ośmiu Oscarów, a główną rolę ulicznej kwiaciarki Elizy Doolittle, która staje się obiektem eksperymentu – przemiany w damę z wyższych sfer – zagrała sama Audrey Hepburn. Podczas sceny wyścigów konnych w Ascot bohaterowie noszą do złudzenia podobne stroje oraz poruszają się w niemal identyczny sposób.

Spacerując po scenie, Madonna w pewnym momencie tańczy w parze z kobietą i całuje ją w rękę, czemu towarzyszą teatralne reakcje tancerzy. Ustawieni w półkolu, chwytają się za głowy i załamują ręce w przerysowany, teatralny sposób, okazując zdziwienie i zszokowanie (najlepiej widać to na nagraniu z Fukuoki, ponieważ montaż z oficjalnego nagrania z Australii akurat tę scenę pozbawił właściwego wydźwięku). W tym wymownym fragmencie piosenkarka porusza temat nietolerancji.

Chwilę później Madonna punktuje jeszcze jedną negatywną cechę społeczeństwa – obłudę. Kiedy wysuwa się nieco do przodu, a dwóch tancerzy zakrywa resztę białą płachtą, wszyscy tancerze, dotychczas posągowi i dostojni, zachowują się zupełnie inaczej niż wcześniej. Gdy pozostają w ukryciu, pojawiające się cienie sugerują, że za płachtą ma miejsce kolejna orgia, ale kiedy tkanina zostaje gwałtownie zerwana, wszyscy są już na nowo dostojni i pełni klasy, ponieważ teraz na nowo są wystawieni na oko publiczności. Jest to niejako krytyka hipokryzji i dwulicowości społeczeństwa. Madonna w swoim tańcu z tancerką była wobec niej czuła i opiekuńcza. Teraz z kolei ci sami, którzy mieli odwagę krytykować ją publicznie, sami są zdolni do czynów znacznie bardziej szokujących, choć innych publicznie wytykaliby za to palcami. Zatem owa elegancja, klasa i dobre maniery to jedynie sztuczna fasada, która nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Znamienne jest to, że właśnie w momencie tej sceny Madonna melorecytuje słowa: „Poor is the man whose pleasure depend on the permission of another” („Biednym jest ten, którego przyjemność zależy od przyzwolenia drugiego”).

Podczas koncertów większość mówionych partii Madonny wykonywana była z playbacku. Może się to wydawać dziwne, zwłaszcza że na żywo Madonna wykonuje tu nie te z pozoru najłatwiejsze partie, ale właśnie śpiewane mocnym głosem pod koniec utworu. Problematyczność tkwiła jednak w tym, że ową senną atmosferę z pogranicza snu i jawy oddać było można, wyłącznie robiąc z tego wersję 1:1 zgodną z oryginalnym nagraniem. Najmniejsza nawet zmiana, wynikająca z tego, że wbrew pozorom sporo się w tym utworze dzieje, mogłaby bezpowrotnie zniszczyć nastrój. Stąd zapewne decyzja o playbacku.

Aranżacja w większości jest taka sama jak na płycie, kilkukrotnie jednak usłyszeć można elementy pochodzące z singlowego remiksu Williama Orbita, a także gitarowe wstawki, dodające nieco rockowego pazura do piosenki.

Emocjonalne napięcie widoczne jest przez cały utwór, łącznie z zakończeniem, podczas którego tancerze wolnym krokiem opuszczają scenę, zostawiając Madonnę samą. Rampa, na której stoi, powoli odwraca ją plecami do widzów i odchodzi ona na tle wiszącej szachownicy w mrok, spoglądając jeszcze raz na publiczność, kiedy kurtyna opada.

Według biografki Madonny – Lucy O’Brien – „kiedy nie wiadomo, gdzie pójść, dobrze jest wrócić do początku”. To właśnie zrobiła Madonna w numerze, który kończył koncert. Ostatnim bisem został jej debiutancki singiel – „Everybody”.

Artystka jednak połączyła go z fragmentem „Everybody Is a Star” Sly & The Family Stone. Był to drugi raz, kiedy skorzystała z piosenki tych wykonawców w utworze zamykającym koncert (wcześniej w „Keep It Together” podczas trasy „Blond Ambition” pojawił się fragment „Familly Affair”).

Utwór jest momentem beztroskiej zabawy, do której wzywa Madonna. W kontekście całości koncertu, który jest wezwaniem do wolności i wyzbycia się uprzedzeń, świat Madonny to jedna wielka impreza, a życie to taniec, w którym wszyscy mogą uczestniczyć i którym każda osoba może się cieszyć, niezależnie od różnic.

Być może podkreślenie tej wspólnoty miała na celu piosenkarka, ubierając się tak samo jak tancerze – w skromne, dżinsowe szorty i biały top.

Był to moment, w którym Madonna najpierw śpiewała z publicznością, a następnie przedstawiała każdego członka zespołu, oddając mu scenę na potrzeby solówki.

Następnie artystka przeganiała tancerzy za scenę i żegnała się z publicznością. Opadająca kurtyna i cyrkowa muzyka obwieszczały koniec koncertu. Na scenie, po krótkiej chwili pojawiał się jednak po raz kolejny Pierrot – postać, która cały koncert obserwowała poniekąd z perspektywy trzeciego oka. Kluczowe było jednak zdjęcie przez Pierrota maski. Okazywało się bowiem, że pod tą postacią ukrywa się Madonna. Oczywiście, dosłownie nie miała ona możliwości wcielania się w Pierrota w trakcie koncertu, ale scena ta ma wymiar symboliczny. Wydaje się bowiem, że koncert był niejako punktem badań ludzkich zachowań przez Madonnę, zaś ona sama stawia się w pozycji prowodyra, ale też obserwatora.

Show kończyło zaintonowane jeszcze raz „Everybody is a Star”, po którym Madonna puszczała oko do publiczności, machała i znikała za kurtyną. Absolutne zakończenie show wieściła rozbrzmiewająca nad głowami publiczności piosenka „Be a Clown”, którą w filmie „Pirat” z 1948 roku śpiewali Gene Kelly i Judy Garland.


Jakie jest dziedzictwo tej trasy koncertowej Madonny? Cóż… być może nie jest ona tak innowacyjna w swojej formie, jak była „Blond Ambition Tour”. Nie jest też tak naszpikowana technologicznymi efektami jak „The MDNA Tour”. A jednak nawet po upływie wielu lat nadal zachwyca. Oddaje ponadczasowość filmów, którymi została zainspirowana. Czuć w niej ducha Marlene Dietrich i Gene’a Kelly’ego. Prezentuje też „uliczny” typ wrażliwości i właściwie można odnieść wrażenie, że show tak samo dobrze wyglądałoby na wypełnionym po brzegi stadionie, jak i małym teatrze czy nawet w cyrkowym namiocie.

To dla jednych „burdelowe sceny”, dla innych „najseksowniejszy show”, ale przede wszystkim wielki hołd Madonny złożony wielbionym przez nią ikonom, kulturze LGBT, gest wsparcia dla osób chorych na AIDS i pochwała życia samego w sobie, które od początku wskazywała jako źródło inspiracji.


CZĘŚĆ 3

Jeśli podoba Ci się treść tego wpisu, możesz postawić mi wirtualną kawę ⬇️⬇️⬇️

https://buycoffee.to/krystian-rm

Z góry dziękuję za wsparcie!